Van den Hul The Grail MK III.1 to przedwzmacniacz gramofonowy, do niedawna otwierający ofertę niderlandzkiego producenta, acz właśnie pojawił się w niej znacząco tańszy The Puppy Grail. Testowane urządzenie współpracuje zarówno z wkładkami typu MM, jak i MC, wyposażone jest w zewnętrzny zasilacz oraz daje możliwość wyboru kilku poziomów wzmocnienia sygnału. No i pochodzi od jednej z europejskich analogowych legend. Jak gra? Sprawdźmy.
Wstęp
Tak się złożyło, że do tej pory miałem do czynienia jedynie z wkładkami, a częściej nawet z kablami jednej z legend branży audio, Aalta Jouka van den Hula. Test jego chyba najbardziej znanej wkładki, The Frog, znajdą Państwo TU. Gdy w końcu trafił do mnie przedwzmacniacz gramofonowy niderlandzkiej marki, to teoretycznie jeden z tańszych w ich ofercie, ale tak naprawdę z wysokiej półki. Jak sugeruje nazwa, Van den Hul The Grail MK III.1 to już trzecia, a właściwie czwarta generacja tego modelu. The Grail MK III funkcjonował już bowiem na rynku od pewnego czasu, a niedawno w nazwie pojawiła się drobna zmiana: MK III.1, ponieważ w wyniku dalszych prac, jak pisze producent, poprawiono jeszcze sekcję zasilania. To przełożyło się na uzyskanie jeszcze wyższej, zasługującej na podkreślenie w postaci dodatku do nazwy, jakości dźwięku. Na egzemplarzu, który trafił do mnie, owego dopisku w nazwie nie ma (nie wiem, czy tak pozostanie, czy to akurat był jeden z pierwszych egzemplarzy i wykorzystano “starą” obudowę), ale, jak zapewnił mnie dystrybutor, testowałem właśnie to najnowsze i najlepsze wcielenie The Grail.
Na początku napisałem, że to urządzenie otwierało do niedawna ofertę przedwzmacniaczy gramofonowych Van den Hula, niemniej określenie go mianem „entry-level” z trudem przeszłoby mi przez gardło, zważywszy, że trzeba za niego zapłacić 54 tysiące złotych. Przecież jest sporo producentów, którzy do tej półki cenowej nie docierają nawet z topowymi urządzeniami. Jest też na rynku sporo fantastycznych urządzeń tego typu kosztujących dużo mniej, w tym oba posiadane przez mnie (ESE Lab Nibiru i GrandiNote Celio), więc po Van den Hulu należy oczekiwać wiele. Zwłaszcza, że nie jest to również produkt napakowany funkcjami, jako że oferuje właściwie tylko pewne niezbędne (choć w praktyce wystarczające niemal w każdej sytuacji) minimum i nic ponadto. Jasne więc było dla mnie, że Van den Hul The Grail MK III.1 musi oferować wyjątkowe brzmienie, żeby zachęcić do jego kupna. Czy tak właśnie jest? Proszę czytać dalej.
Budowa i cechy
Van den Hul The Grail MK III.1 dociera do klienta solidnie zapakowany. Gdy kurier, mocno sapiąc po wspinaczce na moje trzecie piętro, położył przede mną spore kartonowe pudło, nieco się zdziwiłem jego zadyszką, bo w końcu ile może ważyć (nielampowe) phono? Jak się po chwili przekonałem, sporo (producent wagi ani wymiarów nie podaje, ale proszę mi wierzyć – ta pierwsza potrafi zaskoczyć).
Wewnątrz kartonowego pudła znalazłem tzw. case, czyli solidną, choć plastikową walizkę. W niej z kolei samo urządzenie, dość spore, ale przede wszystkim ciężkie, i to mimo faktu, że zasilacz umieszczono w osobnej, niewielkiej i niezbyt ciężkiej obudowie. Obudowa główna wykonywana jest bowiem z wydrążonego bloku specjalnego (jak pisze producent) aluminium. W zestawie znalazłem jeszcze instrukcję obsługi oraz kable zasilające – firmową sieciówkę Van den Hula (The Mainserver Hybrid) do połączenia zasilacza z gniazdkiem oraz kabel DC z wielopinowym, zakręcanym wtykiem, którym zasilacz łączy się z przedwzmacniaczem.
Van den Hul, jak doskonale wiedzą fani marki, to firma inżynierska — widać to już po samych obudowach, które stawiają funkcję przed formą (co nie znaczy, że ta jest brzydka), jak i w sposobie zmiany ustawień. Weźmy choćby wartość prądu zasilającego, którą zmienia się przełącznikiem umieszczonym wewnątrz obudowy zasilacza. Trzeba ją więc rozkręcić, ale proszę się nie zrażać — nawet jeśli dystrybutor nie zrobi tego za nas (a niemal na pewno zrobi), jest to operacja jednorazowa. W samym przedwzmacniaczu, tzn. na zewnątrz obudowy, próżno jest szukać przełączników do zmiany ustawień. Te kilka, które dostajemy do dyspozycji, umieszczono także wewnątrz, co zmusza do odkręcenia kilku śrubek i zdjęcia pokrywy urządzenia. Ale po kolei.
Jak już wspomniałem, The Grail MK III.1 to tranzystorowy przedwzmacniacz gramofonowy przeznaczony do współpracy zarówno z wkładkami z ruchomym magnesem (MM), jak i z ruchomą cewką (MC). Obudowa urządzenia jest bardzo solidna, z grubym frontem i jeszcze grubszymi, wypukłymi ściankami bocznymi. Całość ustawiono na czterech solidnych nóżkach antywibracyjnych. Na froncie umieszczono dwa przyciski, oba z podświetlanymi na niebiesko obwódkami. Jeden z nich to włącznik (podświetlony, gdy urządzenie jest włączone), drugi to przełącznik MM/MC. W tym przypadku podświetlenie informuje o włączeniu ustawień dla MM-ek, a brak podświetlenia dla MC.
Tył urządzenia również nie jest specjalnie skomplikowany. Znajdziemy tam wielopinowe gniazdo zasilania DC, do którego podłączamy zewnętrzny zasilacz dostarczający prąd stały o wartości 24 V. Obok umieszczono trzy pary solidnych, pozłacanych gniazd RCA oznaczonych (odpowiednio) kolorem czerwonym dla prawego i czarnym dla lewego kanału. Jedna para to wejście dla wkładek MM, druga dla MC, a trzecia to wyjście liniowe. W osobnej, prostszej i dużo mniejszej obudowie umieszczono zewnętrzny zasilacz. Na jego froncie brak jest manipulatorów, natomiast z tyłu znajduje się gniazdo zasilające IEC, główny włącznik, a obok wychodzi kabel zasilający do przedwzmacniacza. Całość ustawiono na niewielkich stopkach.
A gdzie regulacje? Ustawienia? O wyborze napięcia zasilającego (w zależności od standardu w miejscu zamieszkania użytkownika), czyli wyborze między 120 a 230 V, już wspominałem. W przedwzmacniaczu, używając mikroprzełączników ukrytych pod pokrywą urządzenia, możemy dopasować wzmocnienie do używanej wkładki. Przy wszystkich przełącznikach ustawionych na „OFF” (wyłączonych) gain dla wkładek MM ma wartość 33 dB, a dla MC 56 dB (+23 dB). Jeśli przełączniki 1 i 3 (po jednym dla każdego kanału) ustawimy na „ON”, wartość dla MM zwiększa się do 41 dB, czyli dla MC wyniesie 64 dB, a jeśli również przełączniki 2 i 4 ustawimy na „ON”, uzyskamy maksymalne wzmocnienie wynoszące, odpowiednio, 50 i 73 dB. Słowem, zakres wzmocnienia jest wystarczający chyba dla każdej wkładki dostępnej na rynku.
A co z obciążeniem impedancyjnym i pojemnościowym (dla MM)? Jak pisze producent, używając niskopoziomowej wkładki MC i wejścia MC, obciążeniem impedancyjnym nie trzeba się przejmować, bo „phono zrobi to za Ciebie”. Sugeruje to, że The Grail MK III.1 wzmacnia sygnał prądowo, a nie napięciowo, i dlatego potrafi sam zadbać o odpowiednie obciążenie. Dla wkładek MM tudzież wielu wysokopoziomowych MC właściwym obciążeniem jest 47 kΩ i takowe właśnie zapewnia wejście MM. Ma ono również zapewniać optymalne obciążenie pojemnościowe dla większości takich wkładek.
Gdyby jednakże w konkretnym przypadku jedna z tych wartości nie była optymalna, najlepiej jest zwrócić się do dystrybutora, jako że zmiany wymagają użycia lutownicy. Pomijając kwestię doboru optymalnych komponentów i samych umiejętności w zakresie lutowania, mówimy o ingerencji w urządzenie, która, gdy coś poszło nie tak, zapewne unieważni gwarancję. Lepiej więc zostawić to fachowcom. W zdecydowanej większości przypadków jednakże po dopasowaniu wzmocnienia niczego więcej nie trzeba będzie robić.
A co wewnątrz? Pozwolę sobie przytoczyć kilka cech Grala podkreślanych przez producenta:
• specjalnie zaprojektowana sekcja przedwzmacniacza gramofonowego, unikalna w skali światowej,
• korekcja RIAA realizowana jest wyłącznie za pomocą cewek, bez kondensatorów,
• specjalny materiał płytki drukowanej ze złotymi ścieżkami przewodzącymi,
• specjalnie osadzona płytka drukowana, aby zapobiec mikrofonowaniu,
• niskoszumny stopień wejściowy dla wkładek z ruchomą cewką, odpowiedni nawet dla wkładek o bardzo niskim poziomie wyjściowym,
• ekranowany transformator w zewnętrznej obudowie, aby uniknąć brumu i zakłóceń elektromagnetycznych,
• jeden wspólny punkt uziemienia, który pomaga uniknąć pętli masy,
• zasilanie wykorzystujące żyratory dla każdej sekcji wzmacniającej, zapewniające bardzo wysoki poziom redukcji szumów.
Skoro wiemy już co nieco o samym urządzeniu, przyjdźmy do tego, co najważniejsze, czyli jakości i rodzaju brzmienia, które oferuje.
Brzmienie
W czasie odsłuchów Grail MK III.1 wzmacniał sygnał z dwóch wkładek. Korzystając z obecności Nagaoki MP-700 (test robiłem dla HighFidelity, można go znaleźć TU) sparowałem ją z wejściem dla wkładek MM, natomiast odsłuch z moją wkładką z ruchomą cewką, czyli Leson LS10 MK II, dał mi możliwość oceny wejścia MC testowanego przedwzmacniacza.
Obie wkładki pracowały w kewlarowych ramionach J.Sikora, odpowiednio KV12 Max i KV9, które zamontowane były na decku J.Sikora Standard Max. Sygnał z testowanego phono niezbalansowanym kablem Bastanis Imperial trafiał do wejścia wzmacniacza zintegrowanego GrandiNote Shinai, a ten poprzez kable głośnikowe Soyaton Benchmark mk2 napędzał kolumny GrandiNote MACH4. Za punkt odniesienia dla The Grail MK III.1 służył mój wierny GrandiNote Celio MK IV (ESE Labs Nibiru współpracuje wyłącznie z wkładkami MC).
W czasie testów przedwzmacniaczy gramofonowych, nawet jeśli oferują wejścia MM, zwykle nie mam okazji ich sprawdzić. Od lat bowiem jestem użytkownikiem wyłącznie wkładek z ruchomą cewką i tych mam kilka. W arsenale brakuje mi natomiast dobrej MM-ki. MP w nazewnictwie Nagaoki oznacza Moving Permalloy, a nie Moving Magnet (bo na końcu igły zamontowany jest element wykonany z Permalloyu zamiast magnesu), niemniej parametry tej wkładki, a co za tym idzie, również wymagania w stosunku do przedwzmacniacza, są takie same jak dla wkładek z ruchomym magnesem. Skoro więc trafiła mi się taka okazja, to musiałem z niej skorzystać, tym bardziej że Nagaoka pokazała się z bardzo dobrej strony we wspomnianym teście. To wkładka, która niczym udany wzmacniacz hybrydowy łączy zalety obu technologii (MM i MC), oferując spójną, przemyślaną całość, której słucha się doskonale.
Jako że miała ona wkrótce wrócić do dystrybutora, to od niej właśnie rozpocząłem odsłuchy. Pierwszą płytą, na której porównywałem brzmienie Celio z Grailem, była „Pulsion” Jacquesa Loussiera. Znam ten krążek naprawdę nieźle, bo używam go w niemal każdym teście wkładek/ramion/gramofonów/phonostage’ów. Oba urządzenia zagrały ją świetnie, ale jednak nieco inaczej. Van den Hul postawił na szybkość, dynamikę, zwartość i sprężystość jako cechy wiodące, w czym przypominał mi bardziej moje drugie phono, ESE Lab Nibiru (tyle że ono, jak wspomniałem, współpracuje wyłącznie z wkładkami typu MC, acz z Grailem łączy je prądowe wzmacnianie sygnału).
Mój GrandiNote Celio MK IV natomiast zagrał tę samą muzykę w nieco bardziej dociążony, wypełniony sposób. Ta właśnie cecha GrandiNote, w połączeniu z nieco niżej ustawionym środkiem ciężkości całej prezentacji, sprawiała, że włoski przedwzmacniacz brzmiał nieco „cieplej”. Biorę to określenie w cudzysłów, bo rzecz nie w sztucznym ociepleniu, ale we wrażeniu, jakie buduje większe dociążenie i wypełnienie dźwięku.
Z niderlandzkim przedwzmacniaczem album (podobnie jak i kolejne) brzmiał odrobinę jaśniej (co nie oznacza bynajmniej rozjaśnienia dźwięku), nieco mocniej zaznaczone było czoło ataku, które było również odrobinę twardsze. To było granie, w porównaniu (to ważne, bo uwypuklam niewielkie różnice) troszkę żywsze, skoczniejsze, bardziej jeszcze otwarte. Włoskie phono z kolei ciut lepiej dbało o masę i długość wybrzmień, ale i, w tym konkretnym nagraniu, masę i wielkość samego fortepianu czy uderzeń zarówno stopy perkusji, jak i pałeczek w membrany bębnów i talerze.
The Grail MK III.1 wykazał się już na tym pierwszym krążku wysoką rozdzielczością, wydobywając dużo drobnych detali i subtelności z nagranego materiału, bardzo dobrze oddając zarówno umiejętności, klasę i sposób grania muzyków, jak i brzmienie ich instrumentów. Fortepian nie brzmiał tak potężnie jak z Celio, ale na tym krążku takich „bebechowych” momentów jest ledwie kilka, bo i perkusja tak naprawdę brzmi dość lekko, więc różnice wskazuję bardziej z obowiązku niż dlatego, że zmieniały one jakoś znacząco odbiór tych nagrań.
Kolejnym krążkiem był nagradzany album tria Schmidt Święs Frankiewicz „Ether”. To muzyka improwizowana na trzy instrumenty: trąbkę, kontrabas i perkusję. Już sam tytuł sugeruje dość eteryczne i klimatyczne granie, acz jest tam kilka momentów, w których kontrabas pokazał z Grailem swoją wielkość i masę. Większe znaczenie miały tu jednak inne zalety testowanego urządzenia. Bardzo dobrze oddawało ono np. wybrzmienia i pogłos, przede wszystkim trąbki, a także dźwięk blach perkusji, uderzanych delikatnie pałeczkami, potrafił się dość długo utrzymywać w powietrzu, a nawet wędrować w świetnie budowanych przestrzeniach tej realizacji.
Bo właśnie przestrzeń, tak udanie uchwycona na tym albumie, została przez Graila MK III.1 oddana bardzo dobrze, a (tu wyjdzie moje „skrzywienie”) jak na urządzenie tranzystorowe, wręcz świetnie. Podobnie jak na słuchanym nieco później „Spirit of Nadir” braci Olesiów, na którym to krążku wykreowano ogromne przestrzenie, co niderlandzkie urządzenie oddało w sposób bardzo przekonujący. Podobnie rzecz się miała z klimatem refleksyjnym, wciągającym, zmuszającym wręcz do pełnego skupienia, by nie uronić żadnego dźwięku, żadnego kierunku, w którym rozwijały się opowiadane historie. To oczywiście zasługa przede wszystkim znakomitych muzyków, ale system, w tym phonostage Van den Hula, musiał zrobić swoje, by wiernie i przekonująco oddać to, co muzycy i realizatorzy stworzyli. I zrobił to! Naprawdę dobrze.
Nieco zmieniając klimat i porzucając na jakiś czas nagrania akustyczne, sięgnąłem po kolejną stałą pozycję analogowych testów, czyli album zespołu Spyro Gyra „Fast Forward”. The Grail MK III.1 szybko potwierdził, czy wręcz wzmocnił to, co słyszałem już z nagrań instrumentów grających „bez prądu”. Świetnie oddał szybkie tempo, pewnie prowadził rytm i dbał o oddanie pełnej skali dynamiki tego grania. Co ciekawe, słuchając elektrycznego basu, potwierdziło się również to, co słyszałem wcześniej z kontrabasem, a mianowicie, że phono Van den Hula na dole pasma stawia bardziej na zwartość, sprężystość, a co za tym idzie, tempo basowych nut niż na wysiloną potęgę i masę uderzenia.
To także nie jest nagranie, w którym bas schodzi jakoś wyjątkowo nisko czy brzmi szczególnie potężnie, niemniej było już właściwie jasne, że precyzja i artykulacja basowych nut, czy też po prostu wierność nagraniom, są tu priorytetem, a nie ich podkreślanie czy wzmacnianie w celu uzyskania łapiącego za ucho, ale sztucznie dodanego efektu. Takie podejście do reprodukcji nagrań sprawiało również, że różnicowanie (nie tylko w zakresie dolnej części, ale i całego pasma) w wydaniu niderlandzkiego urządzenia było bardzo dobre, a to kolejna cecha przybliżająca wrażenia do tego, co uważam za referencję, czyli żywej muzyki.
Na tej płycie występuje bowiem sporo instrumentów perkusyjnych, więc ich dobre różnicowanie, umiejętność oddania charakteru każdego z nich są bardzo ważne dla właściwego, realistycznego (na ile to w ogóle możliwe w przypadku nagrania) przekazania tej muzyki. A to The Grail MK III.1 robił bezbłędnie, bo i choćby saksofon brzmiał przekonująco, czarując barwą, fakturą, zadziornością i energią. Czystym, a jednocześnie pełnym dźwiękiem odzywała się marimba, a i pojawiający się gdzieniegdzie puzon prezentowany był z odpowiednią energią, „chropowatością” i naturalną barwą. Równie wysoką energią wykazywała się brzmiąca czysto i dynamicznie elektryczna gitara. Co ważne, wszystkie te elementy składały się na płynną i spójną całość, sprawiając, że tego krążka z radosną, „łatwą” muzyką słuchało mi się równie dobrze jak wcześniej „ambitniejszego” grania Olesiów, tria Piotra Schmidta czy Louissiera, co jasno sugerowało sporą uniwersalność testowanego phono.
Pierwszym doświadczeniem z wokalem w czasie moich odsłuchów była dopiero płyta Roya Gaines’a „I Got The T-Bone Walker Blues”. W wydaniu Groove Note, które posiadam, dodano drugi krążek (z kilkoma utworami) przeznaczony do odtwarzania z prędkością 45 obrotów na minutę i ten właśnie wybrałem do odsłuchu The Grail MK III.1. Pierwsze wrażenie – wow, ale wokal! Bliski, namacalny, pełny, choć… chyba jednak odrobinę mniej nasycony niż z GrandiNote czy z wysokiej klasy przedwzmacniaczami lampowymi. To nie miało znaczenia, bo brzmiał bardzo czysto, naturalnie i wysoce ekspresyjnie, i nawet sybilanty, co nie jest wcale takie oczywiste, brzmiały tak, jak powinny, będąc charakterystycznym elementem śpiewu, a nie czymś, co przeszkadza. Dzięki tak naturalnemu, prawdziwemu wokalowi już od pierwszych sekund tego krążka „czułem bluesa” i tak zostało do końca.
Grana ostrzej, agresywniej (niż na krążku Piotra Schmidta), ale brzmiąca równie naturalnie i precyzyjnie trąbka brzmiała świeżo, dźwięcznie, a jej dźwięk był otwarty i pełny powietrza. Potrafiła zakuć w uszy, ale wszystko w ramach naturalnego brzmienia tego instrumentu, Grail niczego nie dołożył od siebie. Równie naturalnie zabrzmiał jedyny instrument, z którego niegdyś potrafiłem wydobyć kilka sensownych dźwięków, czyli akustyczna gitara. Czyste, odpowiednio twarde, a jednocześnie sprężyste struny, odpowiednia dawka „pudła”, a w efekcie płynne, głębokie i — powtarzam się, ale nie mam wyjścia — naturalne brzmienie podkreślały klasę nagrania i odtworzenia. Całość okraszona była świetnym PRAT-em, bez którego nie ma bluesa, czyli tempem, rytmem i perfekcyjnym timingiem. Nóżka wystukiwała rytm, głowa się kiwała, uśmiech nie schodził z twarzy — tak działa na mnie (dobrze zagrany!!!) blues.
Idąc dalej bluesowo-wokalnym tropem, choć z mocnym rockowym zacięciem, sięgnąłem po kultowy drugi album Led Zeppelin, mocniej odkręciłem głośność we wzmacniaczu i… już po pierwszych taktach „Whole Lotta Love” wiedziałem, że jest dobrze, więcej niż dobrze. Ten wokal Planta! Ta gitara Page’a! Ta surowa energia! Ten drive! – wow! To była pierwsza płyta, przy której dopiero pod koniec zacząłem się zastanawiać nad charakterem dolnej części pasma, bo ani przez moment nie myślałem o tym, czy Celio grają ją gęściej i „ciężej” — wszystko było dokładnie takie, jakie być powinno. Dlatego i przy tym krążku kończyny i głowa były w ruchu niemal przez cały czas, a „banan” na twarzy przykleił się już na stałe. Ciekawostką jest to, jak niezwykle czysto, ale i z odpowiednią masą, na tej płycie brzmią blachy perkusji, co The Grail MK III.1 świetnie pokazał. Przypomnę tylko, że wszystko to do tej pory działo się z nie jakoś szczególnie drogą wkładką Nagaoka MP-700!
Drugiej strony posłuchałem więc już z wkładką typu MC, czyli LeSon LS10 MK II (recenzję w języku angielskim można przeczytać TU). Dźwięk był z nią jednakże ciut bardziej dociążony, za to odrobinę mniej zwarty. Różnice były subtelne, ale jednak tam były. Nie da się jednakowoż ukryć, że z wkładką MC (choć za sprawą sprzedaży bezpośredniej właściwie wcale nie droższą niż Nagaoka) dostałem więcej informacji o właściwie każdym aspekcie nagrania. Barwa i faktura zarówno wokalu, jak i gitary, nieco precyzyjniejsza lokalizacja źródeł pozornych i ich większa trójwymiarowość/namacalność, lepiej oddane mikro-kontrasty zarówno tonalne, jak i dynamiczne – wszystko to wzbogaciło prezentację, czyniąc ją pełniejszą, jeszcze bardziej przekonującą.
Z Nagaoką The Grail MK III.1 pokazywał tę muzykę z większym rozmachem, nieco lepiej oddawał makro-dynamikę, sprawiał, że brzmiało to bardziej rockowo/surowo. Z LeSonem z kolei było to odrobinę cieplejsze, pełniejsze, intymniejsze granie, choć i z nim nie brakowało wykopu, drivu i powera, gdy były potrzebne. Po kilku kolejnych albumach jasne już było, iż w zależności od wkładki testowany przedwzmacniacz gramofonowy pokazywał tę samą muzykę w nieco inny sposób. Rzecz nawet nie w tym, który sposób był lepszy, bo oba bardzo mi się podobały i nie dawały żadnych powodów do narzekania, niemniej były nieco inne.
Założyłem, a później potwierdziłem z nieco gorszymi technicznie realizacjami (choćby „brudno” brzmiącymi albumami U2), że te ostatnie mogą lepiej brzmieć z wkładką MC, która, mocniej dociążając dźwięk, odrobinę kompensuje „chropowatość” pojawiającą się w górnej części pasma. Z drugiej jednakże strony, gdy na talerzu wylądował koncert AC/DC, to rozmach i (przynajmniej pozornie) nieskrępowana energia MM dawały tej muzyce odpowiedni napęd i „kopa”. Tak czy owak, Van den Hul The Grail MK III.1 spisywał się znakomicie niezależnie od rodzaju wkładki i używanego wejścia, a przecież takiej uniwersalności należy wymagać od urządzenia za spore pieniądze.
Szukając potęgi brzmienia i nisko schodzącego elektronicznego basu, sięgnąłem po album „Spiritchaser” Dead Can Dance na srebrnym labelu Mobile Fidelity. Szukałem basu, ale zamiast niego niemal od pierwszych sekund moją uwagę przyciągnęły świetnie brzmiące, naturalne, nasycone wokale rozrzucone bardzo szeroko na scenie. Siłą rzeczy drugim elementem przyciągającym uwagę była właśnie przestrzeń, a szczególnie szerokość sceny. Nie to, że brakowało jej głębi, ale ta na tym krążku nie jest tak imponująca jak szerokość, a The Grail MK III.1 nie próbował tego zmienić. To urządzenie, które zajmuje się jak najlepszym odwzorowaniem informacji, które otrzymuje z wkładki, a nie ich modyfikacją w jakimkolwiek kierunku ani upiększaniem.
Niskich dźwięków oczywiście się doczekałem, acz śmiem twierdzić, że jednak ci, którzy poszukują, używając kolokwializmu, masażu wątroby, powinni szukać innego przedwzmacniacza. Z Van den Hulem dostaną to, co zapisano w rowkach płyty, podane w czysty, rozdzielczy, precyzyjny sposób, bez wzmacniania czy pogrubiania, więc bas, który na innych przedwzmacniaczach brzmi potężniej, z The Grail MK III.1, obrany z ozdobników, aż tak potężny nie będzie, choć de facto będzie prawdziwszy, wierniejszy temu, co zarejestrowano w studiu. O to przecież chodzi w idei „high fidelity”, czyli wysokiej wierności, choć według dzisiejszych definicji testowany przedwzmacniacz należy raczej do kategorii high-end.
Na sam koniec, właściwie będąc przekonanym, że wiem już o Gralu wszystko, co muszę wiedzieć, dla własnej przyjemności posłuchałem kilku ulubionych oper. Był więc Mozart i jego „Czarodziejski Flet” w wykonaniu Wiedeńskich Filharmoników pod Soltim bodaj z 1970 roku (na Decce), jak i bardziej współczesne „Wesele Figara” z Currentzisem i Musica Aeterna, czy wiekowa „Carmen” pod Karajanem z moją ukochaną Leontyne Price. Nigdy nie kryłem, że jestem fanem lampowego grania, czyli tego gęstszego, pełniejszego, cieplejszego, jak najbardziej naturalnego, nawet jeśli oznacza to niewielkie odstępstwo od absolutnej wierności i neutralności. Opery, gdzie przecież ludzkie głosy i kryjące się w nich emocje, opowiadające wesołe bądź tragiczne historie, dla mnie (!) zawsze najlepiej brzmią z lampowymi przedwzmacniaczami gramofonowymi typu wspomnianego Destination Audio (recenzja w języku angielskim TU).
Nie znaczy to wcale, że nie brzmią pięknie z każdym dobrym phono stagem. Z Van den Hulem brzmiały wspaniale, choć tu to inne aspekty tych nagrań były tymi, które przykuwały moją uwagę i skutecznie wciągały mnie w każdy z tych spektakli, w każdą z tych opowieści. Tu szczegóły, precyzja, ale i skala i rozmach prezentacji, jej czystość, uporządkowanie multum prezentowanych informacji grały ogromną rolę w dostarczaniu realistycznych (biorąc poprawkę na różnicę skali czy dynamiki możliwych do uzyskania w domowym systemie) wrażeń. Odkręcałem więc w każdym przypadku głośność nieco bardziej niż zwykle, zapadałem się głębiej w fotelu i dawałem się porwać kipiącym emocjami opowieściom snutym pięknymi głosami, którym towarzyszyły znakomite orkiestry. Czegóż chcieć więcej?
Podsumowanie
W idealnym świecie, gdy do testu trafia dowolny komponent, recenzent wie o nim tak mało, jak to możliwe. Oczywiście musi znać jego funkcjonalność, ale nie musi wcale znać ceny. Tak właśnie było w tym przypadku, dzięki czemu mogłem oceniać Van den Hula The Grail MK III.1 bez balastu „pryzmatu ceny”. Poznałem ją pod koniec odsłuchów i stwierdziłem, że szkoda, że tyle kosztuje, ale nie dlatego, że nie jest tyle warty (z cenami w audio z zasady nie dyskutuję), ale ponieważ nie trafi on do zbyt wielu użytkowników. A szkoda, bo to urządzenie znakomite niezależnie od tego, czy użyjemy go z wysokiej klasy wkładką MM czy MC, a i muzyka, jaką preferujemy, nie będzie raczej ograniczeniem.
The Grail MK III.1 potrafi niemal wszystko. To urządzenie proponujące „nowoczesny” dźwięk, a przynajmniej ja tak go określam. Słowem, bardziej neutralność niż naturalność (podkreślam słowo bardziej), precyzja, bogactwo detali (choć to będzie zależało oczywiście od płyty i wkładki), przejrzystość, bas raczej zwarty, szybki, sprężysty niż „nadmuchany” czy sztucznie dociążony, znakomita naturalna, barwna średnica i czysta, dźwięczna, otwarta góra pasma. Zero podbarwień dodanych przez to phono, równe w całym paśmie i zaskakująco przestrzenne granie, dobra lokalizacja źródeł pozornych i obrazowanie (to ostatnie uzyskiwane bardziej konturem niż wypełnieniem) – to cechy charakterystyczne tego urządzenia.
Van den Hul The Grail MK III.1 to także wysoka energia i dynamika prezentacji, bardzo dobry PRAT i wysoka ekspresja. Dla miłośników lampowego grania, takich jak ja (posiadacz dwóch tranzystorowych phono), zauważalne będzie nieco mniejsze dociążenie i wypełnienie dźwięku, za czym idzie ogólny odbiór prezentacji jako nieco „jaśniejszej” niż to oferują urządzenia z bańkami próżniowymi na pokładzie jak choćby Destination Audio WE 417A, choć i w ich przypadku są wyjątki od tej reguły, takie jak choćby Thoeress Phono Enhancer (recenzja w jęz. ang. TU), czy Doshi Audio Evolution Phono Preamplifier (recenzja w jęz. ang. TU).
Dla wielu osób ten sposób prezentacji stawiający na maksymalną wierność nagraniom, bez jakichkolwiek upiększeń, jest jednakże jedynym właściwym. Van den Hul The Grail MK III.1, czyli ledwie drugi przedwzmacniacz gramofonowy od dołu w ofercie tej marki, kosztuje sporo, ale moim skromnym zdaniem niełatwo będzie dla niego znaleźć godnego konkurenta na tej półce cenowej. Jeśli więc to Wasz pułap cenowy, posłuchajcie koniecznie — to może być koniec poszukiwań na długie lata.
Cena (w czasie recenzji):
- Van den Hul The Grail MK III.1: 54.000 PLN
Producent: Van Den Hul
Dystrybutor: Szymański Audio
Specyfikacja techniczna (wg producenta):
- Obsługa wkładek MM i MC
- Współczynnik wzmocnienia 56 dB: 0,4 mV
- Współczynnik wzmocnienia 64 dB: 0,15 mV
- Współczynnik wzmocnienia 74 dB: 0,05 mV
- Impedancja wejściowa MC: od ok. 10 omów do 400 omów, nie wymaga regulacji przez użytkownika
- Impedancja wejściowa MM: 47 kΩ, konfigurowalna
- S/N: >= 77 dB(A)
- Impedancja wyjściowa: 330 omów
- Pobór mocy: ok. 10 W
Platforma testowa:
- Źródło cyfrowe: pasywny, dedykowany serwer z WIN10, Roon Core, Fidelizer Pro 7.10, karty JCAT XE EVO USB + JCAT MASTER OCXO CLOCK UPGRADE + JCAT OPTIMO NANO, JCAT NET XE z zasilaczem FERRUM HYPSOS Signature, JCAT USB Isolator, zasilacz liniowy KECES P8 (mono), switch: Silent Angel Bonn N8 + zasilacz liniowy Forester.
- Przetwornik cyfrowo-analogowy: LampizatOr Poseidon + Ideon Audio 3R Master Time
- Źródło analogowe: gramofon J.Sikora Standard w wersji MAX, ramiona J.Sikora KV12 i J.Sikora KV12 Max, wkładki: AirTight PC-3, Le Son LS 10MKII, AudioTechnica PTG33 Prestige, przedwzmacniacze gramofonowe: ESE Labs Nibiru V 5 i Grandinote Celio mk IV
- Wzmacniacz: GrandiNote Shinai, Circle Labs M200, Art Audio Symphony II (modyfikowany)
- Przedwzmacniacz: Circle Labs P300
- Kolumny: GrandiNote MACH4, Ubiq Audio Model One Duelund Edition
- Interkonekty: Bastanis Imperial RCA x2, Soyaton Benchmark RCA, Hijiri Million Kiwami RCA, Hijiri HCI-20 RCA, KBL Sound Himalaya II XLR, NxLT ETHER XLR, David Laboga Expression Emerald USB, David Laboga Digital Sound Wave Sapphire Ethernet
- Kable głośnikowe: Soyaton Benchmark mk2, WK AUDIO TheRED
- Kable zasilające: DL Custom Audio 3DR-S-AC, LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3
- Zasilanie: Gigawatt PF-2 MK2 i Gigawatt PC-3 SE Evo+; dedykowana linia od skrzynki kablem Gigawatt LC-Y; gniazdka ścienne Gigawatt G-044 Schuko i Furutech FT-SWS-D (R)
- Stoliki: Base VI, Rogoz Audio 3RP3/BBS, Alpine-line
- Akcesoria antywibracyjne: platformy ROGOZ-AUDIO SMO40 i CPPB16; nóżki antywibracyjne: Omex Symphony 3S i 2S, ROGOZ AUDIO BW40MKII i Franc Accessories Ceramic Disc Slim Foot, Graphite Audio IC-35 Premium i CIS-35

































