Closer Acoustics 300B Provocateur Signature

by Marek Dyba / November 26, 2020

Prowokacyjna nazwa, oryginalny wygląd, znakomite wykonanie i wykończenie – wszystko to przemawia za SETem Closer Acoustics 300B Provocateur Signature opartym na mojej ukochanej, magicznej triodzie. Pod warunkiem oczywiście, że gra równie dobrze jak wygląda. Sprawdźmy.

Wstęp

Był rok 2017-ty kiedy po raz pierwszy usłyszałem o nowym produkcie polskiej marki Closer Acoustics, oferującej już od 2013 roku kolumny w większości oparte o pojedyncze przetworniki szerokopasmowe. Nie miałem co prawda okazji gościć u siebie żadnego z modeli tych ostatnich, ale na wystawach robiły świetne wrażenia, a wzmacniacz zbudowany z myślą o ich napędzaniu należy do mojego prywatnie ukochanego gatunku – SETów. W tym przypadku na dodatek oparto go o magiczną triodę 300B, która zajmuje pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu, choć najlepszy wzmacniacz, jakiego słuchałem, oparty był o 2A3 (Kondo Souga, oczywiście). Wówczas też wymieniliśmy pierwsze maile z panem Jackiem Grodeckim, prowadzącym firmę wraz z bratem, w których zgłosiłem chęć przetestowania jego produktów. Ustaliliśmy, że to nastąpi gdy będzie już gotowy do zaprezentowania oferty szerszej grupie miłośników muzyki. Trochę to potrwało, między innymi dlatego, że pan Jacek chciał mieć swoje miejsce, w którym mógłby prezentować swój system zainteresowanym osobom. Takie miejsce jest już gotowe w Jastrzębiu Zdroju (swoją drogą to kolejna firma z mojego rodzinnego Śląska). Oceniając po zdjęciach siedziba Closer Acoustics prezentuje się znakomicie i ma swój klimat – to stary budynek dworca – więc zamierzam się tam wybrać i napisać o tym miejscu kilka słów. Ale to za jakiś czas, gdy pandemia będzie już tylko historią.

Historię powstania tego urządzenia można prześledzić na blogu producenta sięgając do wpisu sprzed niemal dokładnie siedmiu lat (zobacz TU). Choć wówczas była to dopiero pierwsza przymiarka, wzmacniacz w wersji 0.0, czysto roboczej, to odsłuch z kilkoma firmowymi modelami kolumn pokazał, że to dobry kierunek. Pół roku później panowie odsłuchiwali już kolejną wersją o roboczej nazwie Korba 300Bi (zobacz TU) i choć od tego czasu w wyglądzie zewnętrznym wzmacniacza zmieniło się niemal wszystko, to jedno założenie przyjęte na tym etapie prac pozostało niezmienne – rozdział układów wzmacniających sygnał od zasilania. I wreszcie w 2017 roku Provocateur w wersji zbliżonej do aktualnej zadebiutował na ulubionej audiofilskiej imprezie pana Jacka, czyli Lencoheaven w Beauvechain w Belgii (zobacz TU), gdzie jego brzmienie spotkało się z ciepłym przyjęciem, a jednym z doceniających potencjał tego urządzenia był słynny konstruktor Jean Hiraga. W tym samym roku mogliśmy zobaczyć i posłuchać Provocateura w czasie Audio Video Show w Warszawie w firmowym zestawie.

Trzeba tu zaznaczyć, że Provocateur nie jest dziełem jednego człowieka, ale niewielkiego zespołu fachowców i entuzjastów. Układ wzmacniacza został bowiem zaprojektowany przez pana Roberta Rolofa. Nazwisko jest zapewne znane wielu audiofilom, zwłaszcza miłośnikom czarnej płyty. Pan Robert oferuje bowiem urządzenia audio pod własną marką, ale ma na swoim koncie konstrukcje popełnione także dla innych producentów. Jego dziełem był m.in. Sensor Prelude RCMu, czy teraz produkty (wzmacniacz i przedwzmacniacz gramofonowy) Closer Acoustics. Projekt plastyczny to z kolei dzieło pana Jacka Grodeckiego – wskazane wyżej wpisy z firmowego blogu doskonale pokazują ewolucję dizajnu. Wykonanie obudowy, a także kejsów transportowych dla urządzeń to z kolei zasługa pana Andrzeja Grodeckiego.

Na początek mojej przygody z produktami Closer Acoustics trafiła do mnie najnowsza, ulepszona jeszcze względem oryginału zaprezentowanego trzy lata temu, integra na mojej ukochanej lampie 300B o znaczącej nazwie Provocateur i to w wersji Signature. Przypomnę, że niedawno opisałem dla Państwa wzmacniacz tego samego typu – Arioso 300B, acz pochodzący od innego polskiego producenta, firmy Feliks-Audio (zobacz TU). Okazał się on świetną, a przy tym całkiem rozsądnie wycenioną propozycją, dzięki czemu ma szansę przyczynić się do zwiększenia grupy posiadaczy tego typu konstrukcji. Pan Jacek Grodecki celuje z założenia w wyższą, wręcz topową półkę, za cel obierając najbardziej wymagających klientów, stąd i cena nie należy już do niskich, choć na tle produktów wielu znanych firm nadal wypada całkiem atrakcyjnie.

Kolejnym założeniem polskiej firmy jest możliwość oferowania potencjalnym nabywcom nie tylko pojedynczych urządzeń, ale również niemal kompletnych systemów. Takie podejście powinno odpowiadać obu stronom. Producent oferując źródło – nowy przedwzmacniacz gramofonowy Flō, który także niedługo trafi do testu, wzmacniacz zintegrowany Provocateur oraz jedne z własnych kolumn (obecnie to już sześć modeli do wyboru) – ma pewność, że każdy użytkownik dysponujący dobrym gramofonem, ewentualnie źródłem cyfrowym, z głośników usłyszy dźwięk o klasie i charakterze zamierzonym przez twórców takiego systemu. Potencjalni nabywcy powinni być zadowoleni z tego samego powodu. W końcu dziś, gdy oferta na rynku jest tak ogromna, zbudowanie zgranego, dobrze brzmiącego systemu jest sporym wyzwaniem. Rzecz nie tylko w aspekcie finansowym, ale i w konieczności poświęcenia dużej ilości czasu na znalezienie poszczególnych komponentów, które nie tylko same oferują odpowiedni charakter i klasę brzmienia, ale i razem zagrają zgodnie z oczekiwaniami danego użytkownika. Osoby, które zakochają się w brzmieniu SETa o niskiej mocy, mają jeszcze bardziej pod górę, jako że oferta odpowiednich kolumn to jedynie niewielki procent wszystkich dostępnych na rynku. Tymczasem Closer Acoustics jest w stanie zaoferować niemal (nie mają w ofercie kabli) kompletne rozwiązanie, a każdy jego element bez wątpienia będzie doskonale współpracował z pozostałymi.

Jak mi opowiadał pan Jacek, który osobiście przywiózł swoje urządzenie, firma jest i zamierza być butikowym producentem oferującym najchętniej całe zestawy – źródło, wzmacniacz, kolumny. Butikowym, bo celem nie jest bynajmniej produkcja masowa. Każdy egzemplarz każdego produktu dostarczanego do klienta w dowolnym miejscu na świecie jest i ma być dopracowany w najmniejszych detalach, doskonale wykonany, wykończony i, co przy globalnym zakresie działalności równie ważne, odpowiednio spakowany (!). Tu ciekawostka – Closer Acoustics wykonuje własne „kejsy” – koszt jest sporo niższy niż zakupu gotowych, a jakość wykonania równie dobra. Jasne jest więc chyba, że potrzeba czasu i fachowców najwyższej klasy, by takie efekty osiągnąć i by były one w pełni powtarzalne. Oferowanie całych zestawów sprawia, iż nie dość że są one doskonale spasowane pod względem parametrów i charakteru brzmienia, to na dodatek mogą stanowić komplet także pod względem wizualnym, czy estetycznym. Skończyły się już czasy, gdy liczyło się jedynie brzmienie. Dziś wymagający miłośnicy dobrego brzmienia oczekują, iż system audio będzie pieścić już nie tylko ich uszy, ale i oczy.

Po oględzinach dostarczonego do testu Provocateura, wcześniej na wystawach kolumn Closer Acoustics i phonostage’a Flō mogę potwierdzić, że strona dizajnerska, ale i jakość wykonania i wykończenia to faktycznie klasa światowa, której nie powstydziłaby się chyba żadna z topowych marek. Jeśli mieliście Państwo styczność z produktami tej marki kojarzycie zapewne, iż obudowy wzmacniaczy to połączenie czarnego akrylu i drewna, a i kolumny mają piękne, drewniane obudowy, a drewno w obu przypadkach może być takie samo. W nowej wersji Provocateura drewno pokryto oryginalną, włoską Alcantarą, która równie pięknie komponuje się z czarnym akrylem. Nie jestem pewny, którą wersję wybrałbym dla siebie, choć jako fan drewna pewnie jednak tę oryginalną, ale obie prezentują się po prostu znakomicie i będą stanowić ozdobę zarówno salonu, jak i dedykowanego pokoju odsłuchowego.

Budowa i funkcje

Provocateur to klasyczny wzmacniacz zintegrowany w układzie SET (single ended triode) z legendarnymi lampami 300B w stopniu wyjściowym, po jednej na kanał. Podobnie jak inne tego typu konstrukcje ma więc do zaoferowania moc rzędu 8W. Nie będę już kolejny raz powtarzał całego wywodu, ale muszą podkreślić, że taka moc będzie absolutnie wystarczająca do nagłośnienia większości typowych pokoi pod warunkiem dobrania do nich odpowiednich kolumn! Muszą mieć dość wysoką skuteczność, a przede wszystkim równy przebieg impedancji. Closer Acoustics, jak już wspomniałem, ma szeroką ofertę odpowiednich głośników, acz nic nie stoi na przeszkodzie by dobrać inne. U mnie były to, jak zwykle, znakomite GrandiNote MACH4.

Jak możecie Państwo zobaczyć na kilku archiwalnych zdjęciach, Pan Jacek Grodecki, autor projektu plastycznego Provocateura, poszukiwał „swojego” dizajnu przez jakiś czas, by w w końcu stworzyć formę, w której wzmacniacz jest oferowany obecnie. Ta sprawia, iż testowane urządzenie na pierwszy rzut oka wygląda, jakby składało się z dwóch osobnych elementów ustawionych jeden na drugim. Tak nie jest, choć pewien podział, funkcjonalny, na górną i dolną część występuje. Zewnętrzną część obudowy wykonano ze sklejki (boki), natomiast górną płytę, front i sporą część tyłu w czarnego akrylu. W najnowszej wersji, dostarczonej do testu, sklejką obciągnięto włoską Alcantarą. Kolor tej ostatniej może być właściwie dowolny, bo paleta dostępnych opcji jest szeroka. Ciekawie rozwiązano kwestię gałek i oznaczeń im towarzyszących. Pokrętła wykonano bowiem z tego samego materiału co nóżki wzmacniacza – Corianu (nazwa własna DuPonta, rodzaj konglomeratu), a oznaczenia wykonano z wklejanych malutkich kamieni – cyrkonii. Wejścia od 1 do 4 oznaczono, odpowiednio, 1, 2, 3 lub 4 kamieniami. Wygląda to naprawdę elegancko i zarazem oryginalnie.

Umowna górna część obudowy zawiera układy audio, a w górnej pokrywie, mocowanej magnetycznie (co ułatwia dostęp do wnętrza), wycięto otwory, pod którymi umieszczono wysokiej klasy gniazda lamp. Na potrzeby tej konstrukcji producent zdecydował się na świetne lampy marki Psvane – w stopniu wyjściowym pracują oczywiście 300B, na wejściu CV-181 (czyli odpowiednik 6SN7), a w zasilaczu wykorzystano prostownik 5U4G. Lampy w zestawie są znakomite, ale wybór tych konkretnych modeli sprawia, że użytkownik może co jakiś czas zmieniać nieco brzmienie tej integry wymieniając lampy na inne (zarówno pochodzące po prostu od innych marek, jak i, w przypadku CV-181 i 5U4G, na inne modele lamp, będące oczywiście zamiennikami zastosowanych). To jedna z wielu zalet konstrukcji lampowych – możliwość kształtowania, oczywiście do pewnego stopnia, ich brzmienia.

W dolnej „połówce” umieszczono rozbudowany zasilacz oraz bardzo dobre transformatory wyjściowe. Rzut oka pod górną pokrywę wzmacniacza odsłania m.in. sporą ilość dużych kondensatorów polipropylenowych polskiego Miflexa. Zdobywają one coraz większe uznanie wśród producentów nie tylko w naszym kraju, dobrze więc widzieć, że polski producent wykorzystuje wysokiej klasy rodzime komponenty. Za regulację głośności odpowiada świetna drabinka rezystorowa Khozmo, a ponieważ wyposażono ją w silniczek możliwe było zaoferowanie zdalnego sterowania – w zestawie otrzymujemy więc zgrabny pilot. Z tyłu umieszczono cztery wejścia liniowe (RCA) oraz wyjścia głośnikowe, wszystkie oparte na bardzo dobrych gniazdach WBT z serii nextGEN, oraz klasyczne gniazdo zasilania IEC. Urządzenie prezentuje się znakomicie i oryginalnie.

Pod TYM linkiem znajdziecie Państwo filmik pokazujący „rozbierane” zdjęcia Provocateura – warto je obejrzeć, by w pełni docenić jego konstrukcję.

Brzmienie

Tak się złożyło, że niemal sam początek odsłuchów Provocateur’a zbiegł się z powrotem mojego LampizatOra Pacific z firmowego upgradu. Pierwszego dnia darowałem więc sobie krytyczne odsłuchy tworząc w Roonie długą listę albumów do odtworzenia. Chodziło o to, żeby z jednej strony DAC miał szansę dobrze się „rozruszać” po owym upgradzie, ale i by wzmacniacz odpowiednio się zakomodował w systemie. Z drugiej natomiast, żebym i ja miał szansę zidentyfikować i przyjąć do wiadomości, że tak powiem, zmiany w doskonale znanym mi brzmieniu mojego referencyjnego przetwornika. Dlatego też na playliście znalazła się m.in. spora grupa… soundtracków. Głównie tych dużych, mocnych, momentami wręcz monumentalnych. Od Gwiezdnych Wojen, przez Avengersów, Człowieka ze stali, Królestwo niebieskie, po Gladiatora, Głębię, Incepcję i Predatora. Słowem – repertuar jakby niekoniecznie przychodzący na myśl jako pierwszy wybór do odsłuchów SETa 300B. I faktycznie, Provocateur zagrał je po części tak, jak się można było spodziewać po tego typu konstrukcji. Dźwięk był bowiem gęsty, gładki, nasycony, wysoce rozdzielczy, a gdy trzeba było, także niezwykle wręcz przestrzenny.

Tyle że większość wybranych ścieżek dźwiękowych składa się z utworów, w których to potęga i skala dźwięku odgrywają niebagatelną rolę, co przecież niekoniecznie jest najmocniejszą stroną takich wzmacniaczy, zwłaszcza tych o niedużej mocy. I to właśnie w tych aspektach dźwięku polski SET mocno i bardzo pozytywnie mnie zaskoczył już pierwszego dnia. Nie napiszę, że zagrał tę muzykę tak samo (w tych aspektach brzmienia) jak potężny Marton Opusculum Reference 3, czy np. Tenor Audio 175S, ani nawet jak dzielony zestaw Bouldera składający się z modeli 1110 + 1160, czy inne mocne tranzystory, ale… Ale co z tego, chciałoby się zapytać? MACHy 4 to nie są kolumny, które zejdą do 20 Hz, więc najniższych, elektronicznych pomruków i tak nie byłyby w stanie oddać. Za to już od tych, powiedzmy, 35 Hz, które zagrać potrafią, Provocateur zaserwował gęsty, nasycony, dobrze różnicowany bas budujący pewny, mocny fundament pod wszystko, co w działo się w paśmie powyżej. To on nadał rytm i budował atmosferę niemal każdej z tych ścieżek filmowych. Gwoli jasności dodam, że wielkie orkiestrowe tutti, czy najniższe uderzenia elektronicznego basu, choć brzmiały swobodnie i mocno, nie były tak mocno fizycznie odczuwalne, jak z wspomnianymi potężnymi tranzystorami (Tenor, gwoli ścisłości, to konstrukcja hybrydowa). Tylko jakoś, mimo że świetnie wiedziałem czego można się spodziewać po każdym z tych albumów, brak mocno zaznaczonego najniższego dołu wcale mi nie przeszkadzał. Powiem więcej – nawet przez chwilę mi go nie brakowało. Nie mając porównania uznałbym, że tak właśnie ma być i że brzmi to znakomicie.

Może dlatego, że gdy dorzucić do opisanych cech jeszcze spodziewaną (po 300B) umiejętność budowania ogromnych przestrzeni, lokowania dźwięków w niemal dowolnym miejscu w pokoju, czy nadawania źródłom pozornym, które są przy tym duże i precyzyjnie ulokowane na scenie, wyjątkowej namacalności, nawet jeśli nie ma tu rysowania ich ostrą kreską, to obraz muzyczny po prostu wydawał się… właściwy. Provocateur potrafił niezwykle wiernie odtworzyć, a właściwie wykreować i przekazać słuchaczowi w bardzo intymny sposób, każdy, nawet najbardziej niesamowity klimat, jaki wymyślili sobie autorzy filmu i jego muzycznej ilustracji. Wszystko to razem składało się na wciągające, pełne emocji spektakle, przy których włoski nie raz stawały mi dęba na karku. Co dla niektórych także mogłoby być nieco zaskakujące (nie dla mnie, bo etap zaskoczeń w przypadku tych kolumn mam dawno za sobą), w połączeniu z MACHami integra Closer Acoustics świetnie dawała radę dużym skokom dynamiki, czy zmianom tempa, które, by zbudować odpowiedni klimat, np. w „Predatorze”, muszą być absolutnie błyskawiczne, wręcz natychmiastowe. Polski wzmacniacz nie tylko doskonale i przekonująco budował klimatu każdego z tych nagrań, ale równie imponujące je różnicował. W końcu bez tej cechy nie byłoby mowy o urządzeniu klasy high end, a już na tym etapie odsłuchów jasne było, że z takowym mam do czynienia.

Jest jeszcze jedna cecha, która charakteryzuje wszystkie (przynajmniej pośród mi znanych) prawdziwie high-endowe komponenty – wrodzony spokój, czy raczej brak śladów choćby nerwowości w przekazie. Czasem opisując tę cechę bawię się w antropomorfizację danego produktu i piszę o jego pewności siebie. Pewności, że niezależnie od tego, jak duże wyzwanie zostanie mu rzucone, jak dużą/dynamiczną/złożoną/wyrafinowaną muzykę będzie musiał zagrać, będzie w stanie zrobić to bez wysiłku, swobodnie, z luzem charakteryzującym wysokiej klasy specjalistów wszelkiego rodzaju, którzy po prostu znają się na swojej robocie. Tak jak Closer Acoustics Provocateur. Pisałem, że świetnie oddaje skoki dynamiki, że potrafi zagrać mocno, energetycznie i wydawałoby się, że przy mocy rzędu 8W przynajmniej czasem musi to stanowić dla niego nie lada wyzwanie. Oczywiście stworzenie tak swobodnie radzącego sobie w każdej sytuacji wzmacniacza zapewne było ogromnym wyzwaniem dla jego twórców, ale sam Provocateur nie daje tego po sobie poznać. Dzięki temu słuchając dowolnej muzyki mogłem się skupić wyłącznie na niej, a wcześniej wybierając utwory/albumy do odtworzenia kierowałem się wyłącznie własnymi preferencjami, nie zastanawiając się w ogóle, czy polski wzmacniacz sobie poradzi. Moja pewność, że tak będzie, wzrastała z każdym odtworzonym utworem.

Nie mogłem się oprzeć chęci, by jeszcze tego samego wieczora posłuchać kilku płyt, które zwykle brzmią niepowtarzalnie odtwarzane przez SETy, zwłaszcza z lampami 300B (to znaczy te dobre – samo zastosowanie takiego układu nie jest bynajmniej gwarancją sukcesu). Jak choćby krążek Renaud Garcii-Fonsa z muzyką napisaną do filmu „The adventures of Prince Ahmad”. Pierwsze co zwracało uwagę przy muzyce akustycznej to bajeczna organiczność dźwięku. To pojęcie to dla mnie coś więcej niż naturalność. Niełatwo tę różnicę opisać słowami, bo bardziej chodzi o odczucia niż kwantyfikowalne cechy dźwięku. Jeśli włączam muzykę i ani przez moment nie zastanawiam się, czy ma brzmieć właśnie tak, a nie inaczej, jeśli ją czuję, jeśli mnie angażuje, wywołuje emocje, to to dla mnie jest najlepsza możliwa oznaka organiczności brzmienia. Gdy owa występuje, nie będę ukrywał, że w moim przypadku zdarza się to zdecydowanie częściej gdy słucham urządzeń lampowych, zwłaszcza SETów, to mój organizm i wrażliwość miłośnika muzyki akceptują bez zastrzeżeń to, co dociera do nich przez uszy. Pod warunkiem, że nagranie zostało dobrze zrealizowane. Provocateur nie należy bowiem bynajmniej do wzmacniaczy, które grają każde nagranie dobrze, co jest uzyskiwane zwykle przez uśrednianie tych lepszych i gorszych. Różnicuje, jak już pisałem, je znakomicie. Dlatego te najlepsze i bardzo dobre brzmią… organicznie, te dobre naturalnie, a (niemal) cała reszta jest do przyjęcia, nadal da się ich posłuchać, choć oczywiście nie wywołują takich emocji, jak te lepsze.

Provocateur, gdy odtwarzał nawet nieuadiofilskie, ale przyzwoite jakościowo nagrania, będąc urządzeniem wysoce rozdzielczym, grającym czysto, transparentnie, wskazywał wady realizacji, ale robił to niejako przy okazji, jednocześnie kierując moją uwagę w stronę samej muzyki, czy świetnego wykonania. W ten sposób sprawiał, że słabości takiego nagrania spychane były gdzieś tam do kąta pokoju, a ja mogłem skupić się całkowicie na muzyce i emocjach. Bo przecież np. krążki Dżemu, te z najlepszego okresu z nieodżałowanym Rysiem Riedlem, do audiofilskiego kanonu nijak nie należą, a z testowanym wzmacniaczem brzmiały tak, że nie byłem się w stanie od nich oderwać. Provocateur nie tylko pewnie, równo prowadził rytm, co jest absolutną podstawą bluesa, ale i wyjątkowo przekonująco oddawał wysoce emocjonalny wokal, znakomicie pokazywał jego charakterystyczne cechy – barwę, fakturę, maniery. Sprawiał również, że gitary miały odpowiednie „mięcho” i nawet szybsze kawałki grane były w dobrym tempie i z odpowiednim drive’m. I to wszystko się liczyło, a nie nieco spłaszczona dynamika, spłycona scena, czasem nieco rozjaśniona, czy ostrawa góra pasma, choć one tam nadal były. Tak właśnie chcę zawsze słuchać muzyki. Ma być naturalnie, prawdziwie, namacalnie, ma pozwalać mi docenić kunszt muzyków i wokalistów, prawdziwe brzmienie instrumentów i zarażać emocjami. Nawet jeśli dźwięk od strony technicznej jest daleki od doskonałości.

Wszystko o czym pisałem powyżej, miało pokazać, że polski SET to urządzenie zaskakująco wszechstronne i jeśli zostanie połączone z odpowiednimi kolumnami pozwoli użytkownikowi słuchać właściwie każdej muzyki. Jego specjalnością jednakże, i tu nie ma żadnej niespodzianki, są nagrania akustyczne i wokalne, choć i elektryczny jazz i blues brzmią z nim wyjątkowo. Dlatego po początkowych „szaleństwach” sięgnąłem m.in. po Michaela Hedgesa z krążka „Oracle”. Pisałem wiele razy, że gitara akustyczna i klasyczna są mi szczególnie bliskie, bo to jedyny instrument, na jakim kiedykolwiek cokolwiek grałem. Dzięki temu żywe brzmienie gitary po prostu znam lepiej niż jakiegokolwiek innego instrumentu, a gdy z głośników płynie wyjątkowo realnie brzmiący dźwięk gitary wyciągam i stroję moją i przy jakimś prostym kawałku porównuję jej brzmienie z nagranym. Trudno nazwać wirtuozerię Michaela prostym graniem, ale nie o to tu chodziło.

Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki zapadłem się jeszcze głębiej w fotel i zamknąłem oczy, acz jednocześnie palce lewej dłoni szybko zaczęły poruszać się po wyimaginowanym gryfie, a prawej szarpały struny. Provocateur potrafił bowiem znakomicie oddać każdy aspekt brzmienia tego instrumentu poczynając od zróżnicowania szarpnięć strun – raz wolniejszych, bardziej miękkich, innym razem szybszych, mocniejszych, krótszych, po których wibrację w wyjątkowo pełny sposób, zachowując odpowiednie proporcje, wzmacniało pudło rezonansowe. Dźwięk był czysty, przejrzysty, znakomicie różnicowany, ze świetną mikro-dynamiką, a jednocześnie pełny, bogaty, płynny i cholernie naturalny. Wszystko to razem wzięte malowało niezwykle wyrafinowany i… organiczny obraz muzyczny. Taki, przed którym siedzi się albo ze szczęką na podłodze, albo z uśmiechem od ucha do ucha zapominając o całym świecie. Wtedy właśnie sięgnąłem po swój instrument i od razu stało się jasne, że się nie myliłem, że polski SET wyjątkowo wiernie potrafił oddać naturę brzmienia tego instrumentu.

Podobnie, choć już bez bezpośrednich porównań z żywym brzmieniem, wypadał fortepian i to zarówno Keitha Jaretta, jak i Leszka Możdżera. Dźwięk tego instrumentu był mocny, pełny, dźwięczny, dynamika wysoka, a płynność niesamowita – to jeden z kolejnych elementów, które są specjalnością najlepszych SETów, potwierdzający przynależność Provocateura do tej ekskluzywnej grupy. Z kolei na krążkach z nowoorleańskim jazzem, z którymi spędziłem całą osobną sesję, świetnie wypadły dęciaki. Brzmiały żywo, gdy trzeba ostro, dźwięk był otwarty, pełny powietrza, swobodny, skrzący się wręcz energią. Wiele lat temu legendarny Kondo-san w jednym z wywiadów mówił o tym, że przekazanie energii żywych instrumentów to jedna z najsłabszych stron zarówno sprzętu rejestrującego, jak i odtwarzającego muzykę. Jednym z jego podstawowych celów było tworzenie urządzeń, które z nagrań wydobywałyby maksimum energii, które udało się w studio uchwycić. Moja ukochana Souga robiła to fenomenalnie. Provocateur nie osiąga co prawda poziomu Kondo w tym zakresie, ale też i nie odstaje za bardzo. Dzięki temu i tak osiąga więcej niż duża część konkurentów, co daje mu kolejną przewagę i podkreśla jego klasę.

Na sam koniec wspomnę o jeszcze jednej kwestii, która niekoniecznie kojarzy się z wyrafinowanymi SETami niskiej mocy. Otóż Provocateur lubi i potrafi grać głośno. To cecha charakteryzująca zwykle mocne tranzystory. Tymczasem ośmio-watowe 300B Closer Acoustics zachowuje się podobnie. Gdy pan Jacek przywiózł mi wzmacniacz, na moją uwagę po pierwszym podłączeniu, że by uzyskać odpowiedni poziom głośności muszę mocno odkręcić potencjometr, odpowiedział, że mam się tym nie przejmować i odkręcać. Twierdził, że wzmacniacz jest tak zrobiony, że nawet operowanie w górnym zakresie głośności nie jest żadnym problemem, że wzmacniacz nadal będzie grał czysto, bez zniekształceń. I faktycznie tak właśnie było. Szybko przyzwyczaiłem się do widoku białej kropki sygnalizującej położenie gałki potencjometru zlokalizowanej na godzinie 2, czasem nawet 3 (skala zaczyna się na szóstej, więc te położenia znajdują się daleko za połową skali) i po prostu zwiększałem głośność do pożądanego poziomu. Wzmacniacz grał czysto, swobodnie, bez jakichkolwiek objawów „zadyszki”, zniekształceń, czy kompresji.

Podsumowanie

Do tej pory na pytanie o najlepszy SET na lampie 300B, jakiego słuchałem u siebie, odpowiedź była prosta – AirTight ATM-300R. To najnowsza, trzecia wersja tego legendarnego wzmacniacza i zdecydowanie najlepsza. Od teraz odpowiedź nie będzie już tak jednoznaczna. Po względem klasy brzmienia Closer Acoustics Provocateur wspiął się bowiem w moim prywatnym rankingu równie wysoko – mam więc dwóch faworytów zajmujących pierwsze miejsce ex aequo. Tyle, że choć to ta sama klasa to wcale nie takie samo brzmienie. Wydaje mi się, że osoby które posłuchają obu dość łatwo wybiorą swojego faworyta. Polski Prowokator oferuje brzmienie nieco cieplejsze, mocniej nasycone niż AirTight, buduje namacalność masą i obecnością źródeł pozornych, a nie wysoką precyzją, jak to czyni japoński konkurent. Jest także odrobinę, naprawdę niewiele, ale jednak, bardziej skupiony na średnicy, acz podkreślę raz jeszcze, że skrajom pasma nic nie brakuje. Z dobrze dobranymi kolumnami integra Closer Acoustic pokazuje również pazurki – pewnie prowadzi tempo i rytm, potrafi oddać mocne, szybkie uderzenie basu, wiernie pokazując i różnicując jego barwę. Tony wysokie, odrobinę słodkie, ale i bardzo czyste, gdy trzeba nasyca wysoką energią oddając ich dźwięczność i bardzo dobrze różnicując. Średnica, która niejako z definicji jest przewagą tego typu wzmacniacza nad każdym innym, z Provocateurem zachwyca organicznością, nasyconymi barwami, gęstością i bajeczną płynnością. Co najważniejsze, wszystkie te elementy tworzą spójną, niezwykle apetyczną, swobodną i wyjątkowo wciągającą całość. I to Made in Poland!

Specyfikacja (wg. Producenta):

  • Znamionowa moc wyjściowa: 8 W/8 Ω, klasa A
  • Pasmo przenoszenia: 18-23.000Hz (+/-2 dB)
  • Separacja kanałów: >70 dB
  • Zniekształcenia THD: 0,3% (1 W)
  • Czułość wejściowa: 200 mV
  • Impedancja wejściowa: 100 kΩ
  • Wymiary (szer. x wys. x gł.): 400 x 198 x 455 mm (wys. z lampami: 325 mm)
  • Waga: 28 kg

Cena (w czasie recenzji): 

  • Closer Acoustics Provocateur: 33.600 zł
  • Closer Acoustics Provocateur Signature: 44.000 zł

ProducentCLOSER ACOUSTICS

Platforma testowa:

  • Źródło cyfrowe: pasywny, dedykowany PC z WIN10, Roon, Fidelizer Pro 7.10, karta JPlay Femto z zasilaczem bateryjnym Bakoon, JCat USB Isolator, zasilacz liniowy Hdplex.
  • Przetwornik cyfrowo-analogowy: LampizatOr Pacific +Ideon Audio 3R Master Time
  • Źródło analogowe: gramofon JSikora Standard w wersji MAX, ramię J.Sikora KV12, wkładka AirTight PC-3, przedwzmacniacze gramofonowe: ESE Labs Nibiru V 5 i Grandinote Celio mk IV
  • Wzmacniacze: GrandiNote Shinai, LampizatOr Metamorphosis, Art Audio Symphony II (modyfikowany),
  • Przedwzmacniacz: AudiaFlight FLS1
  • Kolumny: GrandiNote MACH4, Ubiq Audio Model One Duelund Edition
  • Interkonekty: Hijiri Million, Hijiri HCI-20, TelluriumQ Ultra Black, KBL Sound Zodiac XLR, David Laboga Expression Emerald USB, TelluriumQ Silver USB
  • Kable głośnikowe: LessLoss Anchorwave
  • Kable zasilające: LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3
  • Zasilanie: Gigawatt PF-2 MK2 i Gigawatt PC-3 SE Evo+; dedykowana linia od skrzynki kablem Gigawatt LC-Y; gniazdka ścienne Gigawatt G-044 Schuko i Furutech FT-SWS-D (R)
  • Stoliki: Base VI, Rogoz Audio 3RP3/BBS
  • Akcesoria antywibracyjne: platformy ROGOZ-AUDIO SMO40 i CPPB16; nóżki antywibracyjne ROGOZ AUDIO BW40MKII i Franc Accessories Ceramic Disc Slim Foot