ESA Credo Stone

by Marek Dyba / February 7, 2019

Jeden z najbardziej renomowanych polskich producentów kolumn, ESA, w czasie ostatniej wystawy Audio Video Show w Warszawie po raz pierwszy zaprezentował nowy model, Credo Stone. Pierwszy człon nazwy sugeruje pokrewieństwo ze znaną i cenioną od lat serią Credo Illuminator. Drugi z kolei podkreśla innowacje wykorzystane w tworzeniu tego modelu odpowiadające za nową, wyższą klasę brzmienia. Cena sugeruje, że mamy do czynienia z naprawdę wysoką półką, czy odsłuchy to potwierdzają? Zapraszam na recenzję kolumn ESA Credo Stone.

Wstęp

Tak się złożyło, że nigdy dotąd nie miałem okazji testować kolumn jednej z najbardziej zasłużonych polskich marek, warszawskiej ESY. Słuchałem kilku modeli w różnych systemach u znajomych, pamiętam również dwa czy trzy odsłuchy u dystrybutorów, gdy kilkanaście lat temu szukałem kolumn dla siebie. Od lat także, co roku, odwiedzam prezentacje tej marki w czasie Audio Video Show w Warszawie przede wszystkim dlatego, że prowadzi je szef firmy, pan Andrzej Zawada, człowiek o wyjątkowym muzycznym guście, który na dodatek jest chodzącą encyklopedią wiedzy o prezentowanych (a pewnie i wielu innych) nagraniach. Po drugie dlatego, że zawsze gra tam bardzo dobrze, albo wręcz świetnie w zależności od systemu i pomieszczenia, w którym odbywa się prezentacja. AVS rozrósł się już do takich rozmiarów, że właściwie nie sposób jest odwiedzić każdą salę, a nawet jeśli, to na pewno nie da się wszędzie poświęcić kilku, czy kilkunastu minut na odsłuch. Można natomiast wybrać niektóre z nich zakładając z góry, iż warto spędzić tam nieco więcej czasu.W tym roku, jak zawsze zresztą, sala ESY była dla mnie jednym z takich miejsc. I nawet nie chodziło o prezentowany system, ale o fakt, że w tym pokoju zawsze na pierwszym planie jest muzyka, a sprzęt do jej odtwarzania jednak na dalszym. Pan Andrzej ma zawsze coś ciekawego do opowiedzenia o właściwie każdym odtwarzanym albumie (no i muzykę w większości odtwarza z płyt winylowych – to kolejny plus w moich oczach). W końcu jednak, po ciekawej zapowiedzi, następuje moment, w którym zaczyna grać muzyka i… w tym roku brzmiała więcej niż dobrze. Na grający zestaw składały się: gramofon i phonostage Avida, ale także ich nowy wzmacniacz zintegrowany Sigsum, który napędzał kolumny, z małym wyjątkiem, jako żywo przypominające doskonale znany i oceniany model ESY, Credo III Illuminator. Tyle, że tym razem zaprezentowany on został w zmienionej wersji, która powstała we współpracy z firmą Metrum Lab. Ta ostatnia, która swoje motto zaczerpnęła od jednej z podstawowych zasad etyki lekarskiej „primum non nocere” (po pierwsze nie szkodzić) do wystawowego systemu dostarczyła również wytwarzane przez siebie okablowanie.

Owa jedyna widoczna z zewnątrz różnica to obudowa wykonana z pewnego, przypominającego naturalny kamień kompozytu. Jak mi powiedział pan Zawada, materiał ten odkrył już jakiś czas temu i wykonał z niego obudowy do jednego ze swoich modeli podstawkowych. Nie wiedząc czego się spodziewać postawił obok siebie wersję produkcyjną i prototyp, w którym jedyną różnicą była właśnie obudowa wykonana z owego kompozytu. Uzyskany postęp w jakości brzmienia okazał się tak duży, że podjęte zostały prace nad większym modelem, a pierwszy owoc tych prac uwzględniający również wkład firmy Metrum Lab, został zaprezentowany w czasie AVS. Jak mi powiedział konstruktor, jest on jednocześnie początkiem nowej linii o nazwie Stone. Kolejne modele mają być zupełnie nowymi, opracowanymi od podstaw konstrukcjami. Ten pierwszy jednakże, oparty w dużej mierze na doskonale znanym i uznanym modelu Credo III Illuminator, nazwano Credo Stone.Gdy zobaczyłem nowe kolumny ESY przypomniałem sobie, że już jakiś czas temu pan Michał Gogulski (dystrybutor m.in. Avida i Nagry) wspominał mi o nowym materiale, kompozycie wykorzystującym m.in. celulozę, o wyjątkowych właściwościach, w tym akustycznych. Z tego co pamiętam, mówił o nim w kontekście ewentualnego wykonywania zeń platform anty-wibracyjnych, tudzież blatów do stolików. Tymczasem nowe Credo Stone mają całą obudowę wykonaną właśnie z tego materiału, co zdaniem zaangażowanych w projekt, wniosło ogromną poprawę w klasie brzmienia tych, znakomitych przecież kolumn (mimo zachowania tych samych przetworników i elementów zwrotnicy). Kompozyt ten jest stosowany w bardzo egzotycznych (z naszego punktu widzenia) branżach. Wykonywane są z niego bowiem elementy stosowane w rakietach, czy samolotach, ale także kuchenne blaty.

Do tej pory właściwie nie stosowano go w branży audio z dwóch głównych powodów. Po pierwsze ceny samego materiału, znacznie droższego niż MDF, a po drugie wyjątkowo, czy jak to dosadniej ujęli konstruktorzy: koszmarnie (!) trudnej, a co za idzie bardzo kosztownej i czasochłonnej, obróbki. By więc uzasadnić ponoszenie kilka razy wyższych kosztów osiągniete rezultaty soniczne musiały zrobić na twórcach ogromne wrażenie. Wkładem zaprzyjaźnionej z ESĄ firmy Metrum Lab jest natomiast autorski proces, któremu poddawane są elementy zwrotnicy oraz okablowania wewnętrznego kolumn. Jego celem jest poprawa właściwości przewodnika na poziomie molekularnym, a w rezultacie znacząca poprawa brzmienia. Jak jest to osiągane? To firmowa tajemnica. Od szefa tego przedsięwzięcia, pana Andrzeja  Grochowskiego, dowiedziałem się, że temu procesowi można poddać właściwie każdy kabel (i nie tylko), a różnica na plus jest powtarzalna w każdym przypadku i trudna do zaprzeczenia. Wykorzystując tę technologię Metrum Labs wykonuje również własne kable audio, a w opracowaniu są kolejne ciekawe projekty, ale o nich przyjdzie czas opowiedzieć, gdy będą gotowe.Wracając do Audio Video Show. Prezentacja ESY należała, w mojej opinii, do najlepszych na całej wystawie zarówno ze względu na sposób jej prowadzenia, jak i uzyskane w warunkach wystawowych brzmienie. Gdy więc po kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu minutach słuchania poczucie obowiązku zmusiło mnie do wstania z krzesła wybrałem się pożegnać z panem Zawadą. Zasugerowałem przy tym, że z ogromną przyjemnością nowych kolumn posłuchałbym u siebie i opisał moje wrażenia. Pomimo początkowych obiekcji wynikających z faktu, że była to pierwsza para, a jej dość surowe/naturalne wykończenie nie wszystkim musi przypaść do gustu i nie będzie najlepiej wyglądać na zdjęciach, nowe kolumny ESY kilka tygodni po wystawie wylądowały u mnie wraz ze wspomnianą integrą Avida. Miałem więc okazję zapoznać się z nimi bliżej, a poniżej znajdziecie Państwo opis i ocenę tego, co usłyszałem.

Budowa

Być może część z Państwa miała okazję posłuchać ciągle oferowanego i dobrze sprzedającego się modelu Credo III Illuminator, albo przynajmniej przeczytać jedną z kilku recenzji. W nich opisano szczegółowo jego budowę, a ta w przypadku Credo Stone zasadniczo się nie zmieniła. To nadal 2,5 drożna konstrukcja oparta o dwa 18cm woofery ScanSpeak’a z znakomitej serii Illuminator i głośnik wysokotonowy tego samego producenta. Zamiast popularnego (i niekoniecznie przeze mnie lubianego) bas-refleksu zastosowano cztery 18cm węglowe membrany bierne, również ScanSpeak’a. Obudowa, patrząc z boku, ma oryginalny kształt za sprawą wyraźnie pochylonej do tyłu przedniej ścianki i delikatnie pochylonej tylnej. Kolumny wyposażono w wysokiej klasy, podwójne gniazda głośnikowe umożliwiające bi-wiring, bądź bi-amping. W nowym modelu zastosowano nie tylko takie same przetworniki, ale i elementy zwrotnicy jak w Credo III Illuminator. Także konstrukcja wewnętrzna obudowy jest podobna, tyle, że wykonana z innego, mającego zdecydowanie lepsze właściwości materiału. I to właśnie ów materiał, wspominany już kompozyt, którego nazwy konstruktorzy nie zdradzają, oraz proces opracowany przez Metrum Labs, któremu poddawane są elementy zwrotnicy i wewnętrzne okablowanie pozwoliły uzyskać w modelu Credo Stone ogromny postęp w zakresie klasy brzmienia. Szczegółów twórcy nie podają wychodząc z założenia, że nie ma powodu by ułatwiać życie konkurencji.Panowie podzielili się jednakże ze mną jedną, bardzo istotną z punktu widzenia potencjalnych nabywców informacją. Otóż jedną z zalet stosowanego kompozytu jest możliwość jego właściwie dowolnego wykończenia. Można go pomalować na wybrany kolor, okleić dowolnym fornirem czy inną okleiną, bądź, jak w przypadku prezentowanej na AVS i testowanej pierwszej pary, pozostawić w stanie (mniej więcej) naturalnym. Od niego właśnie po części (bo skład kompozytu też się do tego przyczynił) wzięła się nazwa serii, czyli Stone. W tym wykończeniu powierzchnia faktycznie przypomina naturalny, a więc niejednorodny szary kamień. Jako fan drewna dla siebie wybrałbym pewnie jakiś ładny fornir, ale przecież współcześnie wiele osób decyduje się na industrialne, dość surowe wykończenie wnętrz swoich mieszkań, czy domów. W nich zwykle dominuje kolor szary, czasem w połączeniu z białym, czy czarnym, a w takie otoczenie naturalne wykończenie Credo Stone doskonale się wkomponuje. Fani bardziej tradycyjnych, czy po prostu bardziej kolorowych wykończeń mogą wybrać zupełnie inne, niemal dowolne rozwiązanie.

Brzmienie

Pozwolicie Państwo, że w związku z faktem, iż konstrukcja jest znana od lat, a nowe rozwiązania pozostają firmowymi sekretami, skupię się wyłącznie na tym, co dla mnie i tak jest zawsze najważniejsze. Mowa oczywiście o brzmieniu, a właściwie o muzyce, o tym, jak Credo Stone ją prezentują. Nie raz i nie dwa razy słuchałem komponentów, które miały grać genialnie za sprawą takich czy innych nowych, kosmicznych materiałów i rozwiązań. Część z nich faktycznie była wyjątkowa nie tylko na papierze. Wyjątkowość innych kończyła się natomiast na imponujących parametrach, czasem nawet popartych dobrym dźwiękiem, w którym brakowało tylko tego jednego, za to kluczowego elementu – muzyki. Odsłuch (jeden z dłuższych jakie odbyłem w czasie tegorocznego AVS) nowych kolumn ESY sugerował, a już pierwsze minuty spędzone z nimi w moim pokoju potwierdziły, że to bez dwóch zdań przedstawiciel tej pierwszej grupy. Nie będę budował suspensu, w końcu to nie powieść kryminalna, powiem więc już na wstępie, iż każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że jest to produkt absolutnie wyjątkowy, nie waham się powiedzieć – światowej klasy, a na pewno najlepsze polskie kolumny, jakich do tej pory słuchałem. Skoro karty położyłem już na stół, pozostaje mi jedynie spróbować uzasadnić to stwierdzenie.Zanim jeszcze o brzmieniu, dwa słowa o ustawieniu i zestawieniu. Cztery membrany bierne na tylnej ściance każdej kolumny budzą szacunek. Choć to nie bas-refleks, to i tak, pamiętając również jak znakomicie (biorąc poprawkę na warunki wystawowe) wypadał bas z tych kolumn na AVS, gdzie ustawione były dość daleko od ściany za nimi, u siebie również odsunąłem je nieco dalej niż zwykle. Miały więc za sobą ok.1metra wolnej przestrzeni i sporo po bokach, a późniejsze eksperymenty potwierdziły, że to ustawienie było w moim pokoju optymalne. Skręciłem je również delikatnie do środka. Jako źródeł używałem mojego gramofonu J.Sikora z phono GrandiNote Celio oraz odtwarzacza CD/SACD Ayon CD35 HF. W roli wzmacniacza w początkowej fazie testu występowała integra Avid Sigsum, która wykonywała bardzo dobrą robotę na wystawie, później korzystałem jeszcze z wzmacniaczy zintegrowanych – lampowego Ayona Crossfire III i tranzystora w klasie A, czyli mojego GrandiNote Shinai.

Skoro już zdradziłem, że było bardzo dobrze, to przejdźmy do konkretów. Dwa elementy przyciągnęły moją uwagę już na samym początku odsłuchów. Nie dlatego, że dominowały prezentację, ale ponieważ w tym zakresie po prostu mocno wyróżniały ten model spośród wielu innych, których miałem okazję posłuchać u siebie. Przyznam się nawet, że kolumny podłączyłem do Avida kończąc jeszcze test relatywnie niedrogiego gramofonu MagLev. Maszyny ciekawej i całkiem nieźle grającej, ale jednak nie tej klasy co mój J.Sikora, czy odtwarzacz Ayon CD35 HF. A mimo tego już z tym źródłem ESY pokazały owe dwie ogromne zalety, które potwierdzały się w czasie całego testu niezależnie od komponentów, które z nimi współpracowały. Po pierwsze – bas. Czy może raczej BAS! I nie chodzi o jego ilość, wielkość jako taką, czy tym bardziej dominację, ale sposób i jakość prezentacji tej części pasma. Otóż niskie tony były wyjątkowo czyste, zwarte, świetnie różnicowane, z mocnym, dość twardym (ale nie utwardzonym!) atakiem i fantastycznie punktualne. Na dodatek potrafiły zdrowo „kopnąć” przy zachowaniu pełnej kontroli i znakomitej definicji. Od lat jestem fanem kolumn z dużymi wooferami basowymi – moje Ubiqi mają w końcu 12 cali na dole, poprzednie kolumny miały 15. Owa fascynacja rozmiarem bierze się z tego, że duże przetworniki zwykle potrafią naturalnie i bez wysiłku przepompować dużą ilość powietrza i wytworzyć odpowiednie ciśnienie akustyczne, a przez to niskie tony można nie tylko usłyszeć, ale i je poczuć. To one równie naturalnie potrafią zagrać szybkie uderzenia pałeczek w membrany bębnów, kotłów, jak i głębokie, schodzące do bram piekieł dźwięki organów, albo nawet jeszcze cięższe elektroniczne dźwięki. To na nich najbardziej naturalnie brzmiał dla mnie zawsze ulubiony kontrabas, czy fortepian, po pierwsze za sprawą barwy, po drugie poprzez odpowiednie, niewymuszone dociążenie dźwięku biorące się (w naturze) z wielkich pudeł rezonansowych. Teoretycznie kolumny wyposażone w kilka przetworników niskotonowych mogą mieć sumarycznie nawet większą powierzchnię membran, ale mimo tego, podkreślam raz jeszcze, dla mnie, często nie brzmią one tak naturalnie, tak realistycznie jak jeden woofer o odpowiednio dużej średnicy.ESY nie mają wielkich wooferów i pomimo czterech membran pasywnych dźwięk nie ma aż takiej masy jak choćby z moich Ubiqów. Tylko, szybko zadałem sobie pytanie, czy to jest wada? Choć opierając się na własnych preferencjach przez chwilę próbowałem samego siebie do tego przekonać, to niemal natychmiast się poddałem. Szybkość, wysoka rozdzielczość, czystość i rewelacyjna definicja niskich tonów, umiejętność oddania barwy i faktury każdego instrumentu, wszystko to składało się na całość, które niemal nieustannie wyzwalała we mnie zachwyty i słowa uznania. W przeciwieństwie jednakże do wielu innych komponentów, w których taki efekt „wow” obecny był na początku odsłuchów, a po jakimś czasie okazywał się wyjątkowo męczącym, zachwyt w przypadku Credo Stone wcale nie mijał. Przyłapałem się więc na wyszukiwaniu kolejnych pozycji z popisami perkusistów, także z szybkim, mocnym, elektrycznym bluesem, gdzie kluczem do sukcesu był doskonały PRAT. Nie zabrakło krążków z szalejącym na basie Marcusem Millerem, czy ze starym, dobrym rockiem, który z tymi kolumnami tryskał wręcz orzeźwiającą energią. Zwłaszcza na tych ostatnich nagraniach, które zwykle nie są szczytowymi osiągnięciami w zakresie jakości realizacji, testowane kolumny spisywały się lepiej niż wiele innych za sprawą właśnie owej rewelacyjnej kontroli niskich częstotliwości. To tam w takich nagraniach często wkrada się mniejszy bądź większy chaos, bas się nieco rozwleka, dudni, a ESY potrafiły utrzymać go w ryzach. Oczywiście rzecz nie w „poprawianiu” nagrania, czy ukrywaniu jego wad, ale w wykorzystaniu dostarczonego materiału do maksimum. Dlatego też np. krążek Led Zepellin nie zabrzmiał nagle jak najlepsze audiofilskie wydanie, ale słuchałem go z większą przyjemnością i zaangażowaniem, bo prezentowany był w bardziej uporządkowany sposób niż przez większość znanych mi kolumn.

Dużo czasu spędziłem wsłuchując się w popisy bębniarzy, bo perkusja szybkością i dynamiką przypominała mi tę znaną z koncertów. To naprawdę rzadko się zdarza w domowych warunkach. Działo się tak za sprawą nie tylko dołu, ale i górnej części pasma. Blachy były bowiem mocne, otwarte, dźwięczne, iskry wręcz sypały się przy każdym mocniejszym uderzeniu. Z jednej strony słychać było ich twardość i metalowy charakter, z drugiej nie było w tym za grosz sztucznego utwardzenia. Podkreślić trzeba również bardzo dobre różnicowanie, tak ważne dla realizmu brzmienia talerzy. Dobrą rozdzielczość natomiast słychać było choćby w momentach, gdy po blachach delikatnie tańczyły miotełki, a dźwięk nie zlewał się w jednostajny szum, ale był nadal klarowny, czysty. Znakomicie brzmiały też nagrania z tradycyjną chińską muzyką, pełne różnego rodzaju instrumentów perkusyjnych. Choć nie byłbym nawet w stanie ich wszystkich ponazywać, to dzięki znakomitemu różnicowaniu i lokalizacji bez większego problemu mogłem wskazać ile ich jest i gdzie się znajdują. Tu lepiej jeszcze słychać było jak otwarte jest to granie, ile jest w nim powietrza, jak dobrze oddawane są długie wybrzmienia.Druga cecha obecna i przyciągająca moją uwagę od samego początku to wyjątkowa przestrzeń, jaką te kolumny potrafiły wygenerować. Przez mój pokój przewija się każdego roku kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt par kolumn i bardzo, bardzo rzadko zdarzają się takie, które w tym zakresie mogłyby konkurować z testowaną parą (mówię o podłogowych, bo podstawkowe to osobna kategoria). Oczywiście zależy to w pewnym stopniu od sprzętu towarzyszącego, ale najważniejszy element, czyli pokój i jego akustyka są w miarę niezmienne przy wszystkich testach. Mogę więc pozwolić sobie na stwierdzenie, że to jedna z cech dających Credo Stone przewagę nad większością znanych mi konkurentów z wysokiej półki (bo i owszem, im dłużej ich słuchałem, na tym wyższą półkę je, na szczęście tylko w myślach, przestawiałem). Rzecz w tym, jak szeroko poza ich rozstaw potrafi wyjść dźwięk, w odpowiednio zrealizowanych nagraniach oczywiście. Nie chodzi o to, że ESY każde nagranie maksymalnie rozciągają, absolutnie nie. Ale dźwięki dobiegające z miejsca o metr, nawet trochę więcej na lewo od lewej, czy na prawo od prawej kolumny, choć początkowo mnie zaskakiwały, szybko stały się normalnym, wręcz oczekiwanym elementem prezentacji. Takim, którego potem brakowało mi przy powrocie do moich kolumn, czy innych modeli w testach. Jeszcze raz podkreślę, że ani razu nie odniosłem wrażenia sztucznego rozciągania sceny. Wydawało się raczej, że dopiero z ESAmi zostało to pokazane właściwie, w pełni naturalnie.

Gdy na warsztat trafiły nagrania, w których wykorzystano zabawy przeciw-fazą by uzyskać robiące jeszcze większe wrażenie efekty przestrzenne, Credo Stone potwierdziły swoje mistrzostwo w zakresie ich prezentacji. Robiły to w tak przekonujący sposób, że choć dobrze wiedziałem, gdzie np. zaszczeka pies w nagraniu, skąd nadleci helikopter, itd., to i tak zaskoczony bezwiednie obracałem głowę w tym, czy innym kierunku. Gdy z kolei późnym wieczorem posłuchałem „Music for stargazing” Przemysława Rudzia, to ESY z łatwością zabrały mnie w kosmiczną podróż wykorzystując zalety tej realizacji i budując ogromną we wszystkich trzech wymiarach, wręcz otaczającą mnie przestrzeń. A przecież wszystkie te wrażenia, doznania płynęły z odsłuchu doskonale mi znanych, słuchanych już dziesiątki razy nagrań, do których chętnie co prawda wracam, ale które rzadko mnie już zaskakują. Chyba, że zostaną zagrane tak, jak z Credo Stone. To trochę jak z oglądaniem tego samego przedstawienia w teatrze kilka wieczorów z rzędu, albo słuchania znanych na pamięć utworów na kolejnych koncertach ulubionego artysty i odkrywanie, że za każdym razem są one podobne, ale jednak trochę inne. Dzięki temu właśnie są nadal ciekawie, nadal przemawiają do nas, angażują, ekscytują niczym za pierwszym razem.Oczywiście na świetnym dole pasma i przestrzenności grania lista zalet testowanych kolumn się nie kończy. To dopiero początek, ale początek wyjątkowo efektowny, acz nie efekciarski. Wspomniany album Przemysława Rudzia, ale i cudowny koncert Paco Peny (z zespołem), oba słuchane późnym wieczorem zaprzeczyły założeniu, które w mojej głowie się utrwaliło już pierwszego dnia (a może jeszcze w czasie AVS), a mianowicie, że nowe Credo Stone są kolumnami, które wolą grać głośno. Faktycznie potrafią to robić i to bardzo dobrze, nawet na bardzo (jak dla mnie) wysokich poziomach nie zdradzając żadnych objawów niedomagań (acz duża w tym rola również odpowiedniego wzmacniacza). To ja słysząc jak dobrze sobie radzą, jak czysto i dynamicznie grają, podkręcałem głośność powyżej normalnego poziomu. Gdy jednakże przyszło im grać dość cicho okazało się, że nie ciepią na przypadłość wielu nisko- i średnio-skutecznych konkurentów. Wiele takich kolumn gra znakomicie pod warunkiem, że mocno odkręci się gałkę głośności. Gdy natomiast trzeba zagrać cicho wiele detali, drobnych elementów muzyki ginie, a prezentacja jako całość blaknie, zostaje pozbawiona życia. To oczywiście nie jest kwestia wyłącznie kolumn, ale także ich interakcji z wzmacniaczem, niemniej w niektórych przypadkach żaden wzmacniacz nie jest w stanie pomóc. Tu było inaczej i to zarówno z Avidem, jak i później z Shinai.Testując kolumny, zwłaszcza z tej półki, wypadało sprawdzić je z więcej niż jednym wzmacniaczem. Zestawienie z 30-watowym lampowym SETem Ayona, Crossfire III, zaowocowało przede wszystkim wypełnieniem i dociążeniem średnicy (która wcześniej nie była bynajmniej odchudzona). To z kolei przełożyło się na nieco cieplejszy charakter całej prezentacji. Zyskały na tym np. wokale, które zrobiły się bardziej ekspresyjne, gęstsze, więcej w nich było emocji, stały się bardziej obecne. To ostatnie dotyczyło też właściwie wszystkich instrumentów grających w tym zakresie pasma, przede wszystkim akustycznych. Avid z tymi kolumnami bardzo precyzyjnie rysował kontury źródeł pozornych, lokalizował je na scenie, natomiast z Ayonem traciły one nieco na precyzji, acz były lepiej wypełniane, a przez to bardziej jednak namacalne i obecne. Góra pasma, nadal czysta, transparentna i świetnie różnicowana, poszła jednocześnie nieco w stronę lampowej eteryczności i gładkości, które ja (fan SETów) bardzo lubię i cenię. Zwłaszcza, że nie oznaczało to wcale słyszalnego (dla mnie) zaokrąglenia, czy wycofania najwyższej góry pasma, a wszystkie elementy, które robiły tak duże wrażenie już z Avidem, pozostały. Tyle, że miały ciut większą masę, brzmiały nieco pełniej, ale nie ciężko!Niemniej, jak mówi przysłowie: nie ma róży bez kolców. Opisane wyżej zmiany z punktu widzenia moich preferencji były pozytywne i przyjąłem je z otwartymi ramionami, że tak to ujmę. Potwierdzały, że to kolumny przejrzyste, pozbawione wyraźnego własnego charakteru, gładkie i spójne, a to co z nich usłyszymy zależy w dużej mierze od całego toru przed nimi. Tyle że ich cechą, pomimo nieco mylącej wysokiej skuteczności, jest również to, że są dość wymagające w stosunku do wzmacniacza. Nie mówię tylko o jego klasie – to oczywiste zważywszy na cenę Credo Stone – ale o jego wydajności prądowej, czy też umiejętności radzenia sobie z trudnymi kolumnami. Crossfire III ma w tym zakresie spore możliwości, ale jednak niewystarczające, by utrzymać dół pasma ES w ryzach tak dobrze, jako robił to ponad 100-watowy, tranzystorowy Sigsum. Bas był więc barwny, nieźle różnicowany, energetyczny, ale nie tak dobrze definiowany i kontrolowany, a przez to nie tak natychmiastowy. To nadal było bardzo dobre granie, którego świetnie się słuchało. Nie dało się do niego wprost przyczepić stwierdzając, że bas się „rozlazł” – nie w tym rzecz. Po prostu w kontraście do tego, co pokazywał brytyjski tranzystor, możliwości Ayona w zakresie dolnej części pasma były jednak nieco mniejsze, przynajmniej pod niektórymi względami. Barwa bowiem, jak to ze świetnej lampy, była znakomita, dobrze pokazana była również faktura. Sposób prezentacji kontrabasu, czy fortepianu też nie pozostawiał wiele do życzenia, a w dźwięku tych instrumentów było sporo „pudła” i to z zachowaniem odpowiednich proporcji.

Na koniec podpiąłem więc testowane kolumny do mojej tranzystorowej integry w klasie A, GrandiNote Shinai, która oferuje 37W mocy na kanał. To wzmacniacz, który w czasie bytności u mnie (a to już grubo ponad rok) nie zawiódł ani razu. Nie było jeszcze kolumn, które byłyby dla niego za trudne (acz, mówiąc szczerze, nie skupiałem się na poszukiwaniu dla niego wielkich wyzwań, a jedynie parowałem z każdymi głośnikami, które do mnie w tym czasie trafiły). Napędzenie nim Credo Stone dało rezultaty, które ulokowałbym gdzieś pomiędzy uzyskanymi z Avidem i Ayonem. Bas nie był co prawda aż tak doskonale kontrolowany, a dynamika tak eksplozyjna, jak z SigSumem, ale oba aspekty wypadły lepiej niż z Ayonem i obiektywnie bardzo, bardzo dobrze. Barwa, wypełnienie, naturalność niskiego zakresu z kolei (jak można było się spodziewać po klasie A) bliższe były temu, co wcześniej serwował SET. Także średnica była gęstsza, gładsza, bardziej płynna, namacalna i obecna z Shinai niż z Avidem, acz w tych aspektach włoski wzmacniacz odrobinę ustępował lampie. Góra natomiast, nieco mniej bezpośrednia niż z Sigsumem, zbliżała się do lampowej gładkości i wypełnienia przy zachowaniu wysokiej rozdzielczości i otwartości.Cóż, audio to przecież sztuka z jednej strony kompromisów, bo urządzeń idealnych nie ma, z drugiej system audio buduje się pod własne oczekiwania. A te mogą być bardzo różne. Mówiąc szczerze ja sam miałbym problem ze wskazaniem jednoznacznie preferowanego zestawienia. Avid + Credo Stone grały najefektowniej, z niezwykłą dynamiką, szybkością i znakomitą kontrolą. Z Shinai, wzmacniaczem tranzystorowym w klasie A, było mniej efektownie w tych elementach, za to nieco cieplej, gęściej, bardziej namacalnie przede wszystkim w zakresie średnicy i ogólnie po prostu bardziej muzykalnie. Ayon z kolei nie zapewniał tak dobrej kontroli na dole pasma, ale nieco eteryczna, czysta i bardzo dźwięczna góra i najbardziej z tych trzech zestawień obecna średnica do mnie, fana lamp, mocno przemawiały. Najistotniejszym wnioskiem z tych odsłuchów jest więc to, że kolumny ESY nie należą do silnie narzucających własny charakter. To bardziej resztą toru kształtuje się ostateczne brzmienie, bo Credo Stone potrafią zagrać właściwie wszystko i w każdy sposób. I zrobią to z niemal każdym, byle wysokiej klasy wzmacniaczem pozwalając by to on decydował o ogólnym charakterze brzmienia. To kolejna ogromna zaleta tych kolumn ułatwiająca budowanie zgranego systemu nawet najwyższej klasy.

Podsumowanie

Wiele razy przy różnych okazjach pisałem, że marzy mi się stuprocentowo polski high-endowy system audio, którego mógłbym słuchać nie tylko dla przyjemności, ale i używać w pracy recenzenta. Pomijając aspekt finansowy takiego przedsięwzięcia (bo polski wcale nie znaczy tani), do (teoretycznej) realizacji tego przedsięwzięcia brakowało mi do tej pory dwóch bardzo ważnych elementów – wzmacniacza (zintegrowanego bądź dzielonego) i kolumn właśnie. Mogę jednakże w końcu napisać, że ten ostatni problem jest już właściwie rozwiązany. Credo Stone spełniają wszystkie moje wymagania. Nie mają własnego (silnego) charakteru, są rozdzielcze, czyste, transparentne, reprodukują ogromną ilość informacji w zwarty, uporządkowany sposób. Nadają się więc doskonale do oceny innych komponentów pracujących w systemie przed nimi – słowem mogą być doskonałym narzędziem dla recenzenta.

Dla mnie to jednakże za mało – praca pracą, ale by zajmować się recenzowaniem sprzętu muszę z tego czerpać również przyjemność. Brzmienie musi więc być wciągające, ekscytujące, gładkie, płynne, spójne i po prostu muzykalne. Musi przypominać to, które znam z koncertów – żywą muzykę. Z Esami Credo Stone słuchanie muzyki było prawdziwą, niekończącą się frajdą. Uśmiech rzadko schodził z mojej twarzy, kończyny wystukiwały rytm, a głowa kiwała się na boki. Pisanie tej recenzji zajęło mi dużo czasu, bo po prostu trudno mi było się na tym zadaniu skupić, gdy wolałem po prostu słuchać muzyki. Testowane kolumny kosztują sporo, ale mają do zaoferowania jeszcze więcej. Śmiało można wystawić je w pojedynkach przeciwko nawet droższym konstrukcjom najlepszych światowych marek i jestem przekonany, że z wielu takich pojedynków wyjdą zwycięsko. Nie twierdzę, że to najlepsze kolumny świata (nie tylko dlatego, że takich nie ma), ale że to poważny kandydat do drogich, dopracowanych systemów, który łączy dwie pozornie sprzeczne, ale kluczowe cechy brzmienia – wysoką neutralność i naturalność/muzykalność kreując dzięki nim wyjątkowe spektakle muzyczne. A w zasadzie pozwalają je kreować elektronice pracującej w systemie przed nimi. Nikogo nie namawiam do kupowania ich w ciemno, ale jeśli szukacie kolumn z bardzo wysokiej półki to koniecznie dajcie szansę Credo Stone. Po prostu warto przekonać się, że i Polak potrafi!

Specyfikacja (wg. producenta):

  • Rodzaj konstrukcji: zestaw 2,5-drożny w obudowie z membranami biernymi
  • Pasmo przenoszenia: 45Hz-45 kHz (+/-1,0dB) 28Hz-45kHz (+/-2dB)
  • Moc znamionowa: 200W
  • Impedancja znamionowa: 4Ω
  • Efektywność: 91 dB (2.83V/1m)
  • Wymiary: 100x24x48 (cm)
  • Masa: 52 kg / sztuka

Cena detaliczna:

  • ESA Credo Stone: 140.000 PLN / para

Producent: ESA 

Współpraca: METRUM LAB

Platforma testowa:

  • Źródło cyfrowe: pasywny, dedykowany PC z WIN10, Roon, Fidelizer Pro 7.6, karta JPlay Femto z zasilaczem bateryjnym Bakoon, JCat USB Isolator, zasilacz liniowy Hdplex.
  • Przetwornik cyfrowo-analogowy: LampizatOr Golden Atlantic
  • Źródło analogowe: gramofon JSikora Basic w wersji MAX, ramię Schroeder CB, wkładka AirTight PC-3, przedwzmacniacze gramofonowe: ESE Labs Nibiru i Grandinote Celio mk IV
  • Wzmacniacze: GrandiNote Shinai, Ayon Audio Crossfire III, Avid Sigsum
  • Przedwzmacniacz: AudiaFlight FLS1
  • Kolumny: Ubiq Audio Model One Duelund Edition, GrandiNote MACH4
  • Interkonekty: Hijiri Million, Less Loss Anchorwave, KBL Sound Zodiac XLR, TelluriumQ Silver Diamond USB
  • Kable głośnikowe: LessLoss Anchorwave
  • Kable zasilające: LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3
  • Zasilanie: Gigawatt PF-2 MK2 i ISOL-8 Substation Integra; dedykowana linia od skrzynki kablem Gigawatt LC-Y; gniazdka ścienne Gigawatt G-044 Schuko i Furutech FT-SWS-D (R)
  • Stoliki: Base VI, Rogoz Audio 3RP3/BBS
  • Akcesoria antywibracyjne: platformy ROGOZ-AUDIO SMO40 i CPPB16; nóżki antywibracyjne ROGOZ AUDIO BW40MKII i Franc Accessories Ceramic Disc Slim Foot