Musical Fidelity NuVista-600

by Marek Dyba / March 15, 2017

Nuwistory to miniaturowe, wyjątkowo trwałe wykonane z metalu i ceramiki lampy, stworzone przez firmę RCA jeszcze w latach 50. XX wieku. W tym czasie bańki próżniowe, do tej pory podstawowy element urządzeń audio (i nie tylko), były już stopniowo wypierane z wielu zastosowań przez ówczesną nowość – tranzystory. Amerykańska firma zastosowała swój nowy produkt w telewizorach, ale trafiły one również do urządzeń audio, choćby marki Conrad-Johnson. Na dłuższą metę pomimo licznych zalet, wśród których najistotniejsze to: większa niezawodność, niższe mikrofonowanie, niższy pobór prądu, lepsze parametry i ich powtarzalność dla kolejnych sztuk, a także mniejsze wymiary i wyższa trwałość, nuwistory się jednak nie przyjęły. Nie wszyscy jednakże zapomnieli o licznych zaletach tych lamp. 18 lat temu, w 1999 roku, Antony Michaelson, twórca Musical Fidelity, uznał, że są one idealnym rozwiązaniem dla jego topowych urządzeń. Pracują one również w najnowszym wzmacniaczu zintegrowanym tej marki, Musical Fidelity NuVista-600, którego premierową recenzję mam przyjemność Państwu zaprezentować.

Wstęp

Same lampy nuwistorowe nie są już produkowane od wielu lat, ale z ich dostępnością nie ma większego problemu. Problemem, który sprawił, że w swoim czasie Musical Fidelity zrezygnował z takich konstrukcji, są natomiast podstawki pod te lampy. One także nie są produkowane już od wielu lat, a ich dostępność jest właściwie żadna. Kilka lat temu Antony Michaelson wynalazł gdzieś pewną ich ilość i od razu postanowił, że powstanie nowa, topowa serii urządzeń korzystająca z zalet tych lamp, a ich opracowanie zlecił nowej generacji inżynierów zatrudnionych w jego firmie. Jeśli dobrze pamiętam to pod koniec 2014 albo na początku 2015 roku Musical Fidelity zaprezentował dwie nowości w swojej ofercie – nową topową integrę NuVista-800 i odtwarzacz CD nazwany po prostu NuVista CD Player. Miałem okazje testować osiemsetkę dla magazynu Audio Video i zrobiła ona na mnie duże wrażenie.

Rzecz nie tylko w gabarytach, bo to potężne urządzenie ważące (netto) 39 kg, i wymiarach, ale i w łatwości, z jaką ten wzmacniacz napędzał każde kolumny, jakie miałem do dyspozycji, i w swobodzie, z jaką grał dowolną muzykę. Prezentował również klasę brzmienia, jakiej co prawda można, a nawet należy wymagać od urządzenia za ponad 50 tysięcy złotych, ale która mimo tego wcale nie jest pośród nich standardem. Odtwarzacza CD nie było mi dane posłuchać mogę więc jedynie zakładać, że i on prezentuje wysoką klasę. W przypadku tego znakomitego wzmacniacza czynnikiem, który sprawiał, że był on niedostępny dla wielu osób była jego cena. Ponad 50 tysięcy złotych za integrę to nie przelewki. Za tą kwotę część osób woli jednak zakupić dzieloną amplifikację, a dla większości kwota ta pozostaje po prostu poza ich zasięgiem.

Myślę, że taki właśnie feedback Musical Fidelity dostał z rynku i dlatego zdecydował się wprowadzić do oferty NuVistę-600. To także wzmacniacz zintegrowany, z zewnątrz bardzo podobny do starszego brata i jak sama nazwa sugeruje, również korzystający z zalet lamp nuwistorowych. Jako główne różnice producent wskazuje nieco prostszą obudowę i mniejszą moc nowego modelu. Faktycznie patrząc na zdjęcia obu integr łatwo jest wskazać, że w przypadku osiemsetki potężne radiatory wkomponowane są również w płytę frontową, natomiast sześćsetka ma „normalną” płytę czołową i dopiero za nią zaczynają się radiatory. Także w pokrywie tego drugiego modelu mniej jest otworów wentylacyjnych, a z tyłu nie ma dodatkowej, miedzianej płytki, w której osadzone są wszystkie złącza. Moc natomiast zmniejszyła się z 330 do 220W na kanał (co pozwoliło swoją drogą na zmiany w obudowie, która musi odprowadzić nieco mniejsze ilości ciepła). Ilość wejść i wyjść pozostała taka sama, w obu jest także wejście zbalansowane i podwójne gniazda głośnikowe. Gabaryty są identyczne, waga nieco mniejsza (31 vs 39 kg), a pilot (o ile pamiętam) identyczny. Słowem różnice z zewnątrz i użytkowe są niewielkie, a pozwalają potencjalnemu nabywcy zaoszczędzić „drobne” 18 tysięcy złotych! 220W to ciągle ogromna moc, która powinna wystarczyć do napędzenia niemal wszystkich, może poza absolutnie najtrudniejszymi kolumnami na rynku. Jeśli więc brzmienie sześćsetki jest choćby zbliżone do tego, co oferuje mocniejszy brat, to przy swojej cenie może być naprawdę niezłą okazją.

Budowa

NV-600 to hybrydowy wzmacniacz zintegrowany, wykorzystujący w przedwzmacniaczu cztery lampy nuwistorowe JAN 7586, a w końcówce mocy pracującej w układzie dual mono, tranzystory bipolarne. To potężne urządzenie oferuje 220W mocy na kanał dla 8Ω. Gabarytami nie różni się od mocniejszego brata, osiemsetki, mierząc (prawie) 50 na (ponad) 50 cm, na 18 (a nawet 21 z kolcami) centymetrów, acz jest o kilka kilogramów lżejszy (to jednak ciągle robiące wrażenie 31kg netto!). Jak rzadko zachwycam się aparycją testowanych urządzeń (nielampowych) to muszę przyznać, że dizajn NuVisty do mnie przemawia. Gruby (2,5 cm!) aluminiowy front prezentuje się znakomicie z umieszczonym pośrodku sporym, czytelnym, zielonym, LEDowym wyświetlaczem. Po bokach towarzyszą mu duże, srebrne (także w czarnej wersji) gałki (selektor wejść i regulacja głośności) i dwa malutkie przyciski (włącznik urządzenia i wyświetlacza). Obok włącznika umieszczono niewielką niebieską diodę sygnalizującą pracę urządzenia.

Nad wyświetlaczem wygrawerowano nazwę modelu, natomiast w pokrywie nazwę marki. W górnej ściance wzmacniacza umieszczono także otwory wentylacyjne, a z tyłu niewielkie „okienko”, przez które widać nuwistory. Same lampy, z racji metalowej, a nie szklanej, obudowy nie świecą, ale są podświetlane – po włączeniu na żółto, a gdy są już gotowe do pracy, na zielono. Po chwili podświetlenie wyłącza się (wyświetlacz także można wyłączyć), ale każda operacja – zmiana głośności, wejścia, itd., powoduje ponowne jej włączenie na kilkanaście sekund. Obie boczne ścianki urządzenia to solidne, porządnie wykonane radiatory schowane za obrysem frontu. Całość ustawiono na czterech solidnych nóżkach a w zestawie otrzymujemy do wyboru miękkie podkładki, które można przykleić na spodzie oraz wkręcane kolce z kompletem podkładek. W pojedynkę nie miałem szans bawić się w ustawianie urządzenia na kolcach więc skorzystałem z używanych na co dzień nóżek Franc Audio Accessories – modelu Ceramic Feet Slim.
Z tyłu znajdziemy: 4 wejścia liniowe (RCA), z których jedno, za sprawą małego przełącznika może pełnić funkcję obejścia dla systemu kina domowego, dwa wyjścia RCA – jedno z regulowanym poziomem sygnału (pre-out), drugie ze stałym (line-out) oraz jedno wejście XLR. Do tego dodajmy solidne, rozstawione w rozsądnych odległościach podwójne gniazda głośnikowe (mające w razie potrzeby ułatwiać bi-wiring) akceptujące zarówno banany, jak i widełki oraz gniazdo zasilające. Co ciekawe producent do gniazd głośnikowych dodaje malutkie zaślepki, które trzeba usunąć, gdy używa się kabli z bananami. Wbrew panującej obecnie modzie nie znajdziemy tu zintegrowanego przetwornika cyfrowo-analogowego (w takowy wyposażony jest odtwarzacz CD z tej serii) ani wbudowanego phono. W ten sposób wyeliminowano potencjalne źródła zakłóceń, a urządzenie pozostało czysto analogowe.
Regulacja głośności odbywa się w krokach co pół decybela. W przypadku osiemsetki szybkie kręcenie gałką zwiększało te kroki, co ułatwiało szybkie ściszenie wzmacniacza (nie całkowite – od tego jest funkcja „mute” dostępna z pilota), ale w przypadku sześćsetki z tej funkcji najwyraźniej zrezygnowano. NuVista-600 zapamiętuje ostatnie ustawienie głośności, więc na szczęście po kolejnym włączeniu nie ma konieczności zwiększania poziomu od zera (a zwykle operowałem na poziomach rzędu 60 nawet do 80, więc kręcenia gałką byłoby całkiem sporo). Wzmacniacz wyposażony jest w pilota zdalnego sterowania obsługującego wszystkie podstawowe funkcje urządzenia poza jego włączaniem/wyłączaniem. Jak przystało na element towarzyszący urządzeniu z górnej półki pilot to spora, solidna, aluminiowa jednostka, która spełnia swoją funkcję bez zarzutu. Zwrócę potencjalnym użytkownikom uwagę na jedną kwestię, która występuje we wszystkich modelach Musical Fidelity w kolorze czarnym, które miałem okazję testować w ostatnich latach. Front tych urządzeń bardzo łatwo się brudzi i mówię o skórze ścierającej się z palców przy wciskaniu przycisków, czy kręceniu gałkami. Dlatego samo urządzenie proponuję ustawiać w rękawiczkach, a do obsługi w maksymalnym stopniu wykorzystywać pilota. Oczywiście takie zabrudzenia można wyczyścić, ale jest to trochę kłopotliwe. Niemniej jeśli zobaczycie „rysę” na froncie swojego ukochanego urządzenia nie wpadajcie w panikę – jest spora szansa, że to zabrudzenie, a nie faktyczne zarysowanie.

Brzmienie

Do testu trafiła do mnie chyba pierwsza sztuka tego wzmacniacza jako dotarła do Polski. Powiem więcej – sądząc po opakowaniu nigdy nie został on nawet wyjęty z pudełka. Jasne więc było, że czeka mnie rzecz, której bardzo nie lubię – długi proces wygrzewania. Ustaliśmy z panem Andrzejem Lemańskim z Rafko, że NuVista-600 musi pograć przynajmniej 100 godzin, zanim zacznę ją faktycznie testować. Tylko że to naprawdę sporo grania. Nawet przy 16 godzinach dziennie urządzenie musiałoby grać prawie tydzień przed pierwszym poważnym odsłuchem. Może nie jestem jakoś wybitnie niecierpliwym człowiekiem, ale nie było mowy, żebym aż tak długo czekał. Uchem rzucałem już od drugiego dnia, a czwartego zasiadłem do słuchania.

Nawet jeśli nie była to jeszcze pełnia możliwości tego urządzenia to i tak przykuło mnie do fotela na wiele kolejnych godzin. Po jednej z kolejnych płyt sięgnąłem do notatek z recenzji osiemsetki. Nawet jeśli takie porównanie nie zastąpi postawienia obok siebie dwóch urządzeń, to i tak podejmę się stwierdzenia, że pracując nad zaoferowaniem wyraźnie przystępniejszego cenowo wzmacniacza, Musical Fidelity nie poszedł na łatwiznę. Wielu producentów w takich przypadkach albo tworzy nowe, zdecydowanie prostsze konstrukcje, albo skaluje droższy model w dół usuwając wiele co kosztowniejszych elementów i rozwiązań oferując na końcu urządzenie wyraźnie odstające klasą brzmienia od wyższego modelu. W tym przypadku (acz raz jeszcze podkreślę – nie mając obu wzmacniaczy naraz do porównań) uznałem szybko, że faktycznie zmiany sprowadzają się chyba jedynie do uproszczenia obudowy i zmniejszenia maksymalnej mocy wyjściowej. Elementy decydujące o brzmieniu musiały pozostać albo identyczne, albo zmieniono je w minimalnym stopniu. Pomimo obniżenia ceny o 1/3 brzmienie integry NuVista-600 to ciągle coś wyjątkowego i bardzo podobnego do tego, co utkwiło mi w pamięci z testu osiemsetki. Jeśli więc czytaliście Państwo tamtą recenzję to pewnie ta będzie do niej siłą rzeczy dość podobna.


Patrząc na muskularną sylwetkę tej maszyny i mając zakodowane ponad 200W mocy człowiek oczekuje, że głównymi cechami prezentacji będą mocarne, głęboko osadzone w basie brzmienie i powalająca dynamika. Podobnie zresztą było w przypadku jeszcze mocniejszej osiemsetki. Tymczasem i tym razem ani z moimi Ubiqami Audio Model One, ani nawet z bardzo łatwymi do napędzenia Blumenhoferami Genuin FS3 mk2 Musical nie brzmiał jak amerykański „muscle amp”. Brytyjska szkoła brzmienia zdecydowanie odbiega od tej zza oceanu i nawet tak ogromny zapas mocy tego nie zmienia. Pierwsze określenia, które przychodziły mi do głowy to delikatność i wyrafinowanie. I rzecz absolutnie nie w tym, że występował tu jakikolwiek problem z basem czy dynamiką, a delikatność nie wynikała wcale z wycofania skrajów pasma. W zakresie wszystkich tych elementów prezentacji jedynie niewiele wzmacniaczy, jakie znam, może się z NuVistą równać. Mimo swojej wyjątkowości nie grały one głównych ról.
Sześćsetka umiejętnie łączy zalety lampowego przedwzmacniacza z mocą tranzystorów w stopniu końcowym. Dźwięk, choć energetyczny, dynamiczny, z basem schodzącym tak nisko, jak tylko pozwalały mu towarzyszące wzmacniaczowi kolumny nie epatował tymi elementami. Od początku zwróciłem uwagę na gładkość i płynność prezentacji. A podkreślę w tym miejscu, że pisze to ja, zdeklarowany fan lampowych wzmacniaczy SET. Nawet one nie są urządzeniami idealnymi i mają swoje wady, ale w zakresie naturalności, namacalności, aksamitnej gładkości i wyjątkowej płynności brzmienia nie mają sobie równych. Tyle że w przypadku testowanej integry, gdyby nie ten potężny, ale doskonale kontrolowany bas i imponująca dynamika w ślepym odsłuchu mógłbym obstawiać właśnie SETa. Nie klasy Kondo, ale takiego z całkiem wysokiej półki.
Odsłuchy zacząłem od płyty Belanger & Bisson „Conversations”. Tego pierwszego, znakomitego wiolonczelistę, mogliście Państwo spotkać w czasie ostatniej wystawy Audio Video Show w pokoju Audio Note, Anne Bisson natomiast śpiewała na żywo w czasie ostatniego High Endu w Monachium. Wspomniana płyta to zestaw akustycznych nagrań z wokalami, wiolonczelą, kontrabasem, harfą i fortepianem. Słuchana z gramofonu pana Sikory poprzez fenomenalny przedwzmacniacz gramofonowy Tenor Audio karmiący sygnałem NuVistę-600 napędzającą Ubiqi, zabrzmiała genialnie. To był jeden z tych rzadkich przypadków, gdy słuchając nieźle mi już znanej płyty nie mogę się zdecydować, na czym właściwie mam skupić swoją uwagę. Kontrabas schodził bowiem do brak piekieł imponując dociążeniem, różnorodnością i barwą dźwięku. Wiolonczela prawdziwością faktury i barwy przywodziła na myśl to, co słyszałem w czasie wspomnianego minirecitalu. Wokal Anne budził wspomnienia z Monachium namacalnością, wrażeniem równie bliskiego, intymnego wręcz kontaktu, a fortepian odzywał się tą niezwykłą głębią dźwięku, którą zawdzięcza ogromnemu pudłu rezonansowemu. Owo niezdecydowanie nie wynikało z braku spójności tej prezentacji – ta była wyborna, tylko właśnie z tak prawdziwego, organicznego przedstawienia każdego składnika, które sprawiało, że niczym dziecko zachwycone nowym zestawem zabawek, próbowałem się cieszyć każdą z nich z osobna nie mogąc się zdecydować, która jest najwspanialsza.
Kolejnym krążkiem był „The great jazz gig in the sky” tria Savoldelli Casarano Bardoscia. To elektroniczno-jazzowe wariacje na temat „Dark side of the moon” zespołu Pink Floyd pięknie wydane niedawno przez przyjaciół z Audio Anatomy na podwójnym winylu. Tu od początku znowu największe wrażenie robił na mnie głęboki, nasycony kontrabas z mocnym, ale nieprzesadzonym udziałem pudła, barwny, szybki, gdy trzeba było, albo potężnie, długo wybrzmiewający w stosownych momentach. Równie naturalnie wypadał pojawiający się czasem saksofon, czy wokale. Niesamowity klimat nagrania tworzyły syntezatory i, jak to ładnie nazwano na okładce płyty, wokalne i elektroniczne „hałasy”. Choć trudno tu mówić o naturalnej scenie, to jednak wzorem Floydów i tu zbudowano ogromną przestrzeń, z dźwiękami dochodzącymi czasem daleko spoza rozstawu kolumn, co brytyjski wzmacniacz skrzętnie pokazał.


By przyjrzeć się nieco lepiej możliwościom testowanej integry w zakresie przestrzenności prezentacji, sięgnąłem po kilka albumów koncertowych. Wśród nich znalazł się oczywiście „Jazz at the Pawnshop” – jedno z najlepiej zrealizowanych nagrań jazzowych zarejestrowane w niewielkim klubie. Spora ilość instrumentów zgromadzonych na niewielkiej scenie, dobrze uchwycona akustyka pomieszczenia i publiczność znajdująca się blisko muzyków – to wszystko tworzy zupełnie wyjątkową atmosferę. Wcale nie taką łatwą do oddania. NuVista-600, śmiem twierdzić, że w dużej mierze za sprawą lampowego pre, poradziła sobie z tym zadaniem wybornie. Podobnie jak w przypadku dobrych SETów czułem się uczestnikiem tego wydarzenia. Przeszkadzali mi inny ludzie kończący jeszcze przysłowiowego kotleta, ale nieco później świetnie bawiłem się razem z nimi. Przede mną, w niewielkiej odległości, ciasno ustawieni muzycy popisywali się swoimi umiejętnościami, sami także dobrze się bawiąc. Obrazowanie, separacja i różnicowanie Musicala były tak dobre, że nie miałem żadnych problemów ze wskazaniem każdego instrumentu, określenia, które grają z przodu, a które za pierwszym planem – wszystko to było jasne, jakbym faktycznie tam był. Dźwięk był otwarty, detaliczny, pełny powietrza, swobodny i naturalny.
Nieco inaczej, bardziej energetycznie zabrzmiał dla odmiany koncert Muddy Watersa z Rolling Stonesami. Z zapartym tchem śledziłem popisy ścigających się gitarzystów, z których każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony, a gdy w jednym miejscu grają Muddy Waters, Buddy Guy, Keith Richards i Ronnie Wood, by wymienić tylko największych, to ze sceny muszą się sypać skry. I znowu przydało się to świetne różnicowanie, dzięki któremu, choć panowie tworzyli na scenie całkiem gęsty tłumek, bez trudu można było wskazywać palcem, gdzie który z nich stoi. Wzmacniacz nie miał żadnego problemu z doskonałą kontrolą przetworników w moich Ubiqach, co przekładało się na doskonale prowadzony pace&rhythm – kluczowy element w bluesowym i rockandrollowym graniu.
Małe kluby, jak wkrótce sprawdziłem, to nie jedyna specjalność integry NuVista-600. „Siedem ostatnich słów Chrystusa na krzyżu” Haydna pod Savallem nagrane w kościele pokazało, że i przekonujące oddanie akustyki tak wielkiej kubatury nie stanowi prawdziwego wyzwania dla tego wzmacniacza. Podobnie zresztą było na nagraniu „Antiphone blues” Arne Domnerusa, także zrealizowanym w kościele, gdzie artyście grającemu na saksofonie towarzyszą wielkie organy. Tu nie dość, że saksofon wypadł wyjątkowo naturalnie a organy brzmiały potężniej niż zwykle, to jeszcze na to nakładała się przekonująco oddane akustyka kościoła z echem, odbiciami od ścian, które wydawały się znajdować o kilkanaście metrów ode mnie.

Testowany wzmacniacz zachwycił mnie kolejny raz przy mojej ulubionej operze, „Carmen” z genialną Leontyną Price. Niewiele wzmacniaczy, których słuchałem u siebie, a jeszcze zdecydowanie mniej pośród tranzystorowych (tak, Musical to hybryda, ale z tranzystorowym stopniem wyjściowym) potrafiło tak holograficznie pokazać solistów na pierwszym, wcale nie tak bliskim planie, oraz chóry wędrujące, jak się wydawało, dobrych kilkanaście metrów za nimi. Wszyscy oni przemieszczali się po scenie niemal bez przerwy, ale i tym razem NuVista-600 nie dała się przyłapać na wpadce i pokazała to w realistyczny, przekonujący sposób. A że czarowała również barwą głosów i dynamiką (zarówno tą w skali makro jak i w mikro) i rozmachem ognistej orkiestry, więc nie mogłem sobie odmówić odłożenia notatnika na bok i przesłuchania całości tej opery.

Choć trudno było się spodziewać, że nagle NuVista-600 pogubi się w trochę cięższych klimatach, to z recenzenckiego obowiązku sięgnąłem po kilka rockowych krążków, zaczynając od „Prog Noir” Stickmena. W tej muzyce i owszem rządzi bas i elektryczne gitary. Musical wykazał się absolutną kontrolą nad kolumnami i pięknie różnicował całe pasmo, ale tu ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego, co działo się na jego dole. Dawno nie zwracałem tak bacznej uwagi na pracę stopy perkusji, bo też i dawno nie słyszałem jej pracującej w tak szybki, zwarty, tak znakomicie definiowany sposób. Złożyło się na to oczywiście kilka elementów od umiejętności muzyka począwszy, przez bardzo dobrą realizację nagrania, świetne wydanie (to znowu Audio Anatomy swoją drogą) aż po to, co system, ze wzmacniaczem NuVista na czele potrafił pokazać.

Krążek AC/DC „Highway to hell” potwierdził, że jeśli tylko tego typu płyta jest, choć przyzwoicie zrealizowana to testowany wzmacniacz potrafi z niej wykrzesać prawdziwy ogień. Od pierwszych taktów muzyki zalała mnie ogromna rzeka energii, ale kontrolowanej, trzymanej w ryzach tak, by w prezentację nie wkradały się żadne oznaki chaosu. Świetnie prowadzony był rytm i tempo tych nagrań, co kolejny raz potwierdziło się na płytach bluesowych, choćby Stevie Raya Vaughana, Muddy Watersa, czy Tadeusza Nalepy. Warto zauważyć, że nawet w takiej muzyce, przy tak wyjątkowej prezentacji basu, to średnica odgrywała główną rolę. Wystarczyło wsłuchać się choćby w elektryczne gitary – mocne, pełne, naładowane energią, drapieżne, gdy trzeba, a kiedy indziej łagodne i delikatne, ale nawet wówczas gęste i nasycone. Świetnie, czysto, ekspresyjnie wypadały również wokale pełniąc swoją wiodącą rolę nawet w najgorętszych fragmentach rockowego szaleństwa. Co ważne, NuVista-600 pomimo nieco łagodniejszego charakteru niż niektóre „czyste” tranzystory, potrafi zagrać z pazurem, szybko, energetycznie w pełni korzystając ze swej wysokiej mocy.

Podsumowanie

Nie wiem, czy powinienem to tak wprost napisać, bo może się okazać, że NuVista-800 przestanie się nagle sprzedawać, a dystrybutor mnie obarczy winą. Faktem jest natomiast, choć raz jeszcze podkreślę, że coś w tym zakresie mogłoby zmienić postawienie obu wzmacniaczy obok siebie i bezpośrednie porównanie, że ja nie widzę powodu do wydawania znacznie wyższej kwoty na NuVistę-800. Tzn. jedynym rozsądnym powodem mogłaby być faktyczna potrzeba wyższej mocy. Być może znajdą się kolumny, którym dopiero dodatkowe 100W mocy pozwoli w pełni rozwinąć skrzydła. Jeśli jednakże posiadacie Państwo „normalne”, czyli łatwe, średnio trudne, a nawet trudne do napędzenia kolumny to NuVista-600 napędzi je bez mrugnięcia okiem. Zagra dźwiękiem, w którym będzie słychać wpływ lamp nuwistorowych. Będzie on bowiem miał w sobie pierwiastek naturalnej miękkości, otwartość, będzie organiczny i kolorowy. Te zalety uzupełni moc, wysoka energetyka grania i swoboda zapewniane przez tranzystorową końcówkę mocy. Testowana integra gwarantuje pełną kontrolę nad napędzanymi przetwornikami, znakomity, schodzący tak nisko, jak tylko kolumny pozwalają bas, nasycony i dociążony do samego dołu i wybornie różnicowany. Średnica z jednej strony gęsta, nasycona i gładka jest jednocześnie czysta i transparentna, więc podobnie jak na skrajach pasma, tu także słychać ogromną ilość świetnie różnicowanych informacji. Na górze pasma dzieje się dużo, a lampowa nutka słodyczy i delikatności nie odbiera blasku wysokim tonom, a raczej dodaje im szlachetności. Dostajemy więc spójną, otwartą, przestrzenną i dynamiczną całość, dzięki której każda muzyka brzmi ciekawie i angażująco, nie pozwalając użytkownikowi obojętnie słuchać muzyki, wciągając go w jej świat błyskawicznie i nieodwracalnie. Mówiąc szczerze, to gdyby nie recenzenckie potrzeby, które jednak sugerują posiadanie dzielonej amplifikacji, to NuVista-600 znalazłaby się wśród zaledwie kilku faworytów do zajęcia eksponowanego miejsca w moim systemie. To znakomity wzmacniacz łączący doskonale zalety dwóch światów, lamp i tranzystorów, unikający wad poszczególnych rozwiązań i po prostu oferujący wyrafinowane, klasowe granie i wysoką moc za, relatywnie, rozsądną cenę. Szukając klasowego wzmacniacza za kilkadziesiąt tysięcy złotych absolutnie nie powinniście Państwo pominąć tej propozycji brytyjskiej marki Musical Fidelity.

 

Platforma testowa:

  • Pomieszczenie: 24m2, z częściową adaptacją akustyczną – ustroje Rogoz Audio, AudioForm
  • Źródło analogowe: gramofon JSikora Basic w wersji MAX, ramię Schroeder CB, wkładka AirTight PC-3, przedwzmacniacze gramofonowe: ESE Labs Nibiru i Grandinote Celio mk IV
  • Źródła cyfrowe: LampizatOr Big 7, Vermeer Audio TWO, LessLoss Echo’s End, T+A PDP 3000 HV
  • Kolumny: Ubiq Audio Model One Duelund Edition, Blumenhofer Genuin FS3 mk2
  • Interkonekty: Hijiri Million, Less Loss Anchorwave
  • Kable głośnikowe: LessLoss Anchorwave
  • Kable zasilające: LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3
  • Zasilanie: Gigawatt PF-2 MK2 i ISOL-8 Substation Integra; kable sieciowe LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3, dedykowana linia od skrzynki kablem Gigawatt LC-Y; gniazdka ścienne Gigawatt G-044 Schuko i Furutech FT-SWS-D (R)
  • Stoliki: Base VI, Rogoz Audio 3RP3/BBS
  • Akcesoria antywibracyjne: platformy ROGOZ-AUDIO SMO40 i CPPB16; nóżki antywibracyjne ROGOZ AUDIO BW40MKII i Franc Accessories Ceramic Disc Slim Foot

 

Specyfikacja (wg producenta):

  • Moc: 200W
  • Klasa wzmacniacza: AB
  • Stosunek sygnał/szum: 103 dB
  • Zniekształcenia THD: 0,005%
  • Pasmo przenoszenia: 10 – 30.000 Hz
  • Dostępne kolory: czarny, srebrny
  • Wymiary (WxSxG): 187 (na standardowych nóżkach) x 483 x 510mm
  • Waga: 31 kg

Cena detaliczna:

  • Musical Fidelity NuVista-600: 35.995 zł

 

Strona Producenta: MUSICAL FIDELITY

Strona DystrybutoraRAFKO