David Laboga Expression Emerald USB

by Marek Dyba / December 5, 2020

Rynki pro i domowego audio często postrzegane są jako dwie strony barykady, a przecież jest wiele  uznanych firm działających na obu. Tym razem do testu trafił kabel David Laboga Expression Emerald USB od firmy specjalizującej się do tej pory w kablach dla rynku pro. Jak się sprawdził? Zapraszam na test.

Wstęp

Osiem lat temu miałem przyjemność odbyć krótką, ale niezwykle ciekawą audiofilską podróż do Finlandii. Odwiedzaliśmy tam przede wszystkim producenta kolumn, firmę Amphion, ale jej szef, Anssi Hyvönen postanowił uatrakcyjnić naszą wizytę zabierając nas w kilka ciekawych miejsc. Jednym z nich było znane fińskie studio Chartmakers zajmujące się miksowaniem i masteringiem muzyki. Oczywiście wybór nie był przypadkowy – Anssi chciał nam pokazać w praktyce swoją idee fix, czyli wykorzystywanie tworzonych przez niego kolumn nie tylko przez końcowych odbiorców muzyki, ale i przez jej twórców (czyli muzyków i producentów). Założenie całego pomysłu jest proste – jeśli muzycy, studia produkujące muzykę i w końcu jej odbiorcy będą używać tych samych kolumn możliwe będzie przekazanie tym ostatnim w najwierniejszy możliwy sposób tego, co stworzyli ci pierwsi. Trudno zaprzeczyć, że to intrygujący pomysł, nieprawdaż? Choć jego powszechne wprowadzenie za sprawą jednej marki nie jest możliwe, tok rozumowania wydaje się więcej niż poprawny.

Dlaczego o tym wspominam w teście kabla Davida Labogi? Powody są dwa. Otóż po pierwsze dlatego, że Anssi panów ze wspomnianego studia najpierw przekonał do używania swoich monitorów, a później zaczął im podrzucać kolejne audiofilskie produkty, w tym kable (akurat Tary Labs). Pamiętam że Henkka (Niemistö – jeden z szefów studia) opowiadał nam, że gdy Anssi przyniósł mu te kable, podłączył je, posłuchał, uznał że są OK i… nic więcej. Po czym wrócił do używanych wcześniej (z rynku pro, oczywiście) i… niemal natychmiast skonstatował, że „coś się popsuło w dźwięku”. I tak właśnie wielce audiofilskie kable zawitały na stałe do profesjonalnego studia nagraniowego i masteringowego. A w planach były kolejne eksperymenty z produktami tego typu i ich wykorzystaniem w studio, co ważne, w celu uzyskania jeszcze lepszych efektów pracy.

Powodem drugim jest fakt, iż Davida Labogę do tej pory znali przede wszystkim muzycy i ludzie pracujący w studiach i to na całym świecie. Produkuje bowiem dla nich m.in. kolumny gitarowe, ale również kable do instrumentów, w tym gitar. Jak mi powiedział, jego produkty brały udział w nagraniach wielu gwiazd światowego formatu. Działał więc „po drugiej stronie barykady”, jak twierdzą niektórzy audiofile (zwłaszcza gdy nie podoba im się jakość tej, czy innej realizacji). W tym przypadku mamy więc do czynienia z sytuacją poniekąd odwrotną niż opisana powyżej – to producent komponentów dla profesjonalistów uznał, że skoro są one przez nich doceniane, więc dlaczego nie miałyby się sprawdzić u odbiorców końcowych? Audiofile korzystają z produktów pana Davida już od pewnego czasu i to nie tylko w Polsce. W ofercie znaleźć można kable analogowe, interkonekty i kable głośnikowe oraz zworki, jak i cyfrowe – USB, LAN, koaksjalny SPDIF, czy AES/EBU. Jako pierwsze do mnie trafiły kable USB, bym mógł się podzielić swoimi wrażeniami i oceną klasy ich brzmienia z naszymi Czytelnikami. Do testu otrzymałem najtańszy z trzech w aktualnej ofercie kabel USB, także używany już w profesjonalnych studiach, ale zasadniczo przeznaczony na rynek audiofilski. Model pochodzi z serii Expression i nazywa się Emerald.

Oczywiście pan Laboga nie jest pierwszym, który zdecydował się oferować produkty klientom zarówno z rynku pro, jak i końcowym odbiorcom muzyki, tyle że do tej pory na tego typu działania decydowali się raczej producenci elektroniki i kolumn, a rzadziej kabli. Nawet jeśli są na rynku marki oferujące kable audio dla obu rynków, zwykle są to zupełnie osobne serie produktów. W większości studiów używane są bowiem ciągle kable dedykowane profesjonalnym zastosowaniom, a przypadki takie, jak opisane wyżej Chartmakers, są ciągle niezbyt częste. Dyskusję o tym, czy to dobrze czy źle pozostawię innym. Twórcy genialnych nagrań (faktem jest, że głównie tych sprzed kilkudziesięciu lat) wcale nie używali audiofilskich kabli (wtedy takowych właściwie jeszcze nie było), a ich realizacje do dziś są niedościgłym wzorem dla wielu współczesnych inżynierów dźwięku. Z drugiej strony, podany przykład świadczy o tym, że wysokiej klasy audiofilskie kable mogą zostać docenione także i w profesjonalnym świecie. Jeśli dostaną szansę, oczywiście.

A przecież w tym konkretnym przypadku mówimy nawet nie o kablu analogowym, tylko cyfrowym, o USB. Zdecydowana większość ludzi z rynku pro, plus ciągle jeszcze niemała grupa audiofilów powie, że przecież cyfra to cyfra, to zera i jedynki i nie ma nad czym debatować. Tymczasem specjalista od rynku pro stworzył serię kabli USB (a także ethernetowych), która zyskuje coraz większą popularność wśród studyjnych profesjonalistów, a niedawno zaczęła podbijać rynek audiofilski. Podbój to oczywiście duże słowo, jako że firma jest na początku swojej drogi, ale jej korzenie w rynku pro oraz fakt, iż do testu postanowiła oddać najtańszy pośród trzech oferowanych modeli, który, patrząc na realia rynkowe, trzeba nazwać relatywnie niedrogim, świadczą o dużej pewności siebie. Ta bierze się po części z faktu, iż opinie płynące od posiadaczy kabli marki David Laboga są bardzo pozytywne i wśród profesjonalistów i audiofilów.

Rozmawialiśmy o tym z panem Davidem, który podkreślał, że i owszem, ma w ofercie dwa droższe modele – Sapphire i Ruby – i oferują one jeszcze wyższej klasy dźwięk, ale pociąga to za sobą sporo wyższą cenę. Są więc skierowane do najbardziej wymagających klientów, do najdroższych systemów, które także umożliwią wykorzystanie i docenienie pełni ich możliwości. Testowany Expression Emerald ma natomiast być swego rodzaju „złotym środkiem” dla wszystkich, którzy szukają prawdziwego, klasowego brzmienia za (relatywnie) niewielkie pieniądze. Nazywając rzeczy po imieniu – to ten model ma stanowić gros sprzedaży zarówno na rynku profesjonalnym, jak i na rynku audiofilskim, a zapewne jedynie niewielka część audiofilów będzie sięgać po droższe modele. Już za ten sam fakt firma dostała ode mnie mały plusik zanim jeszcze zacząłem słuchanie.

O modelu Expression Emerald pan David pisze:

Zainwestowaliśmy, i nadal inwestujemy, mnóstwo czasu, wysiłku (i pieniędzy) w rozwój naszych produktów. Dojście do obecnych efektów w postaci serii Expression zajęło nam lata, w czasie których powstawały kolejne wersje, z których każda została dogłębnie odsłuchana. Przed wysłaniem naszych kabli do klientów każdy model jest wszechstronnie testowany z różnymi urządzeniami, w różnych systemach, korzystamy również z opinii doświadczonych, zaufanych klientów o rozmaitych gustach muzycznych. Dzięki temu z dumą możemy powiedzieć, iż jesteśmy przekonani, że udało nam się opracować jedne z najlepszych kabli USB na rynku.

Kable USB są jednymi z najważniejszych stosowanych w systemach audio ponieważ ich zadaniem jest dostarczenie sygnału ze źródła dla całego systemu. Jakość sygnału dostarczanego ze źródła powinna być tak dobra, jak to tylko możliwe, co pozwoli uniknąć problemów na dalszych etapach przetwarzania sygnału, które, gdy występują, sprawiają, że szukając ich przyczyn audiofile wymieniają wzmacniacze, kolumny, kable sygnałowe, głośnikowe, itd. Oczywiście każdy element systemu jest ważny i ma wpływ (pozytywny, lub negatywny) na wierność i jakość dźwięku płynącego z głośników, niemniej zapewnienie systemowi możliwie najczystszego, niezmienionego w żaden sposób sygnału źródłowego zawsze będzie niezwykle ważnym czynnikiem umożliwiającym osiągnięcie najlepszego możliwego brzmienia zarówno na etapie masteringu nagrań, jak i odsłuchu przez ostatecznego odbiorcę nagrania.

Wśród profesjonalnych użytkowników Expression Emerald USB, którzy już docenili jego zalety, producent wymienia pana Hiro Furuya  zajmującego się masteringiem nagrań, który ma na koncie pracę z takim artystami jak np.: Eric Clapton, TOTO, Billy Joe, Elton John, czy Rod Stewart. Z tego samego kabla korzysta również pan Maor Appelbaum także zajmujący się masteringiem, który dla odmiany może pochwalić się pracą nad materiałami takich wykonawców jak m.in.: Annihilator, Eric Gales, Faith No More, Sabaton. Czy kabel doceniony przez profesjonalistów na etapie produkcji muzyki sprawdzi się równie dobrze w jej odtwarzaniu w audiofilskim systemie? Sprawdźmy.

Budowa

Ustaliliśmy że pan David wyśle do mnie dwie sztuki Emeralda, obie w wersji standardowej (czyli wtyki A – B, acz można zamówić ten kabel z niemal dowolną inna terminacją USB), jedną długości 2m, a drugą metrową. W ten sposób korzystając z dłuższej byłem w stanie połączyć mój dedykowany serwer bezpośrednio z wejściem USB LampizatOra Pacific (oraz innych urządzeń), a korzystając z drugiego, w tor sygnału włączyć regenerator sygnału USB, Ideon Audio 3R Master Time. Kabelki dotarły do mnie świetnie zabezpieczone w ładnym, wyściełanym gąbką drewnianym pudełku z wygrawerowanym logo producenta. Solidne pozłacane wtyki na czas podróży zabezpieczane są dodatkowo małymi, czarnymi woreczkami z miękkiego materiału. Ot niby drobiazg, ale takie detale są zdecydowanie mile widziane. Kolor koszulki, w którą ubrano ten model, tłumaczy jego nazwę – jest bowiem zielony (tzn. z męskiego punktu widzenia – w końcu brzydsza płeć odróżnia góra z dziesięć podstawowych kolorów). Choć nie wykluczam, iż jest on właśnie emeraldowy, na co wskazuje (być może) nazwa. Poza tym właściwie nie wyróżnia się niczym szczególnym i w sumie trudno było spodziewać się jakichś efekciarskich fajerwerków dizajnerskich w produkcie stworzonym przez człowieka z korzeniami osadzonymi w rynku pro.

Dla porządku dodam, iż standardowe oferowane długości to 0,2; 0,5; 1; 2 i 3m, acz możliwe jest zamówienie innych. Ważną informacją dla niektórych klientów będzie fakt, iż kabel można zamówić w wersji bez zasilania 5V, czyli przesyłający wyłącznie dane. Osoby dysponujące odbiornikami (DACami), które nie wymagają zasilania w kablu USB, wybierają tego typu wersje, bo żyła zasilania zawsze wiąże się z ryzykiem przesyłania zakłóceń między źródłem a odbiornikiem. Standardowa terminacja to wtyki USB typu A na jednym końcu i B na drugim, ale lista możliwości jest zdecydowanie dłuższa. Terminacja może bowiem składać się z wtyków: A – B; A – C; C – B; C – C, C – mikro USB B; A – mikro USB B; A – mini USB B; C – mini USB B. Z przedstawionej listy jasno wynika, że kable te nie są przeznaczone jedynie do łączenia komputerów/odtwarzaczy plików/streamerów z DACami, ale i nawet urządzeń przenośnych, czy właściwie każdego odtwarzającego muzykę z wyjściem USB w chyba każdym możliwym standardzie. O budowie wiemy tyle, że jako przewodnika producent używa miedzi beztlenowej najwyższej czystości, a kable terminowane są wykonywanymi na zamówienie pozłacanymi wtykami. Na kablu, choć to poniekąd wynika z terminacji, oznaczono strzałkami kierunek podłączania. Od pierwszych wersji kabel zdążył nieco wyewoluować za sprawą informacji zwrotnych i opinii od szeregu nabywców. Rzecz w jeszcze lepszym odizolowaniu żyły zasilającej od sygnałowej – kabel zrobił się przez to nieco grubszy i sztywniejszy, ale ciągle nie na tyle, by stanowiło to jakikolwiek problem przy podłączaniu. Wykonanie i wykończenie są po prostu dobre – żadnych uwag z mojej strony.

Brzmienie

Ponieważ kable Expression Emerald spędziły u mnie sporo czasu, więc miałem okazje ich posłuchać nie tylko z moim, dedykowanym serwerem, ale i innymi źródłami, choćby z Silent Angelem Rhein Z1, czy Roonem Nucleus. Także i na drugim końcu gościł szereg przetworników cyfrowo-analogowych – mój referencyjny LampizatOr Pacific, ale również Thievan Labs Tube Music Processor 9038, znakomite odtwarzacze CD z wejściami cyfrowymi, czyli referencyjny Acoustic Research CD9 SE oraz rozsądniej wyceniony, ale także oferujący bardzo dobrze brzmienie Ayon CD10 mkII, czy w końcu integra Accuphase E-380 z modułem DACa. Dodam jeszcze, że na co dzień używam relatywnie niedrogich, acz świetnie brzmiących (to oczywiście skrót myślowy, który może się pojawiać w tekście – kable swojego brzmienia nie mają, one na brzmienie wpływają) kabli USB, dłuższego – FiDaty HFU2, i krótszego – Tellurium Q Silver. FiDaty używam łącząc dedykowany PC bezpośrednio z LampizatOrem Pacific, a obu kabli, gdy między te dwa urządzenia wpinam dodatkowo znakomity regenerator sygnału USB, czyli 3R Master Time marki Ideon Audio (zobacz TU). Do tej pory testowałem u siebie sporo różnych kabli, ale niewiele z nich wnosiło (jeśli w ogóle) na tyle znaczącą poprawę, żeby warto było zainwestować w nie zdecydowanie większe kwoty, a te które to osiągały, jak choćby świetny WestminsterLab USB Standard (zobacz TU), kosztują już sporo. Co więc wniosła zamiana używanych na co dzień kabli USB na testowane David Laboga Expression Emerald USB? Ujmując rzecz najkrócej, jak się da – całkiem sporo!

Zacznijmy od pierwszego wrażenia. Teoretycznie różnie z nim bywa – czasem jest mylące, ale po przesłuchaniu setek, a pewnie nawet i już ponad tysiąca komponentów różnego typu w ramach ich testowania, stwierdziłem w końcu, że mnie, w zdecydowanej większości przypadków, ono nie zawodzi. Z kablem David Laboga Expression Emerald USB pierwsze co przyciągnęło moją uwagę, to niezwykła swoboda, otwartość, płynność i naturalność brzmienia. Wszystkie te elementy razem składały się na coś, co często określa się mianem analogowego brzmienia, choć oczywiście nie istnieje spójna, jednoznaczna definicja definicja tegoż. Dla mnie dźwięk analogowy pojawia się wtedy, kiedy (słuchając źródła cyfrowego) zaciera się granica między brzmieniem uzyskiwanym z niego, a preferowanym przeze mnie dźwiękiem płynącym z komponentów, czy raczej nośników analogowych, przede wszystkim gramofonu/płyty winylowej. Nie chodzi o to, żeby system cyfrowy zaczął brzmieć tak samo, jak gramofon, ale żeby, upraszczając to maksymalnie, powrót do słuchania płyt winylowych nie wywoływał u mnie od razu westchnienia ulgi.

Mówiąc szczerze, ową ulgę odczuwam w przypadku większości źródeł cyfrowych, nawet z bardzo wysokiej półki (także dlatego, że mój J.Sikora Standard Max to jeden z najlepszych gramofonów na rynku). Od momentu gdy w moim systemie zagościł na stałe LampizatOr Pacific muzyki z plików słucham zdecydowanie więcej niż kiedyś, acz i tak to gramofon pozostaje moim wyborem numer jeden. To oczywiście kwestia po części indywidualnych preferencji i nie umniejsza klasy Lampiego, bo ten depcze Sikorze po piętach, że tak to ujmę, dzięki czemu ów efekt „oddychania z ulgą” po Pacificu już (niemal) nie występuje. Wracając do podmiotu niniejszego testu, kabel Davida Labogi spowodował kolejne zmniejszenie owej różnicy dzielącej DAC od gramofonu. Oba, wymienione wcześniej, kable używane przeze mnie wybrałem z tego samego powodu (poza innymi zaletami, oczywiście), niemniej już po pierwszych kilku płytach było jasne, że pod względem „analogowości” brzmienia Expression Emerald to kolejny krok w dobrą, z mojego punktu widzenia, stronę.

Choć sam fakt, iż to właśnie wyższa „przyjazność” dźwięku (bo dźwięk analogowy jest, moim zdaniem oczywiście, przyjaźniejszy niż cyfrowy) była tym, co rzucało mi się w uszy od samego początku, wskazywał że i poszczególne aspekty brzmienia wypadają bardzo dobrze, jako recenzent musiałem im się przyjrzeć nieco bliżej. By to zrobić zacząłem porównywać fragmenty pojedynczych utworów, szybko przełączając kable, by łatwiej wyłapać różnice. Np. otwierającego album „A day of the sun” Masahiko Togashi i Isao Suzuki. Łatwo było wskazać od razu dwie rzeczy, które w porównaniu do FiDaty Expression Emerald robił wyraźnie lepiej. Po pierwsze, dość istotny w tym utworze bas, schodził niżej, był jeszcze lepiej dociążony, ale przy tym ciągle odpowiednio zwinny, punktualny i znakomicie różnicowany. Po drugie, aspekty przestrzenne, do których z FiDatą nie miałem najmniejszych nawet zastrzeżeń, z produktem Davida Labogi także uległy poprawie. Rzecz nawet nie tyle w samej wielkości sceny – ten aspekt japoński kabel oddaje świetnie. Chodziło bardziej o precyzję lokalizacji źródeł pozornych na scenie, jak i ich definicję. W obu przypadkach obecność muzyków była zachwycająca, ale polski kabel osiągał ją w większym stopniu właśnie za sprawą precyzji, konturów rysowanych ostrzejszą kreską, a mój poprzez masę i trójwymiarową obecność, ale bardziej ogólną, mniej konturową. Emerald jeszcze nieco lepiej niż FiData oddawał akustykę nagrania. Takie elementy jak pogłos, czy wybrzmienia wypadały z nim po prostu prawdziwiej nadając realizmowi prezentacji dodatkowy, jakże istotny wymiar.

W kolejnych utworach z tej, świetnie zrealizowanej, płyty (którą musiałem przesłuchać w całości przed kolejnymi szybkimi porównaniami fragmentów) doskonale zabrzmiał fortepian – duży, mocny, gęsty, dźwięczny, ale i płynny. Jego brzmienie było niezwykle wręcz swobodne, otwarte i po prostu prawdziwe (na ile to oczywiście możliwe w ramach reprodukcji nagranego dźwięku), także dlatego, że przy najniższych dźwiękach miałem wrażenie, iż odczuwam ten dźwięk wręcz fizycznie, że „widzę i czuję” masę i potęgę tego instrumentu. Dla odmiany, za sprawą owego wyjątkowo przekonującego sposobu prezentacji przestrzeni i akustyki nagrań, bębny, przez realizatora nagrania rozrzucane po kanałach, nieustannie mnie zaskakiwały. To może mało realistyczna w tym względzie realizacja, ale przez to wyjątkowo ciekawa, a precyzja kabla Expression Emerald dawała mi szansę całkowitego, a przy tym nie wymagającego żadnego wysiłku, zanurzenia się w tym pomyśle i niezwykłej muzyce z tego albumu.

Jak wspomniałem, miałem okazję śledzić ewolucję tego modelu polegającą na poprawianiu izolacji żyły zasilania od sygnałowej. Nie zmieniało to właściwie charakteru brzmienia, ale każde kolejne ulepszenie jeszcze bardziej wyciszało, minimalny (tzn. tak naprawdę niesłyszalny wprost) już od pierwszej wersji, szum tła. I choć mowa o szumie, którego właściwie nie słychać, to słychać za to było z kolejnymi wersjami, jak się często mówi o tym aspekcie, coraz czarniejsze tło. To niby niewiele. Tyle że im czarniejsze jest owo tło, tym bardziej wyraziste stają się barwy, tym więcej słychać drobnych i najdrobniejszych informacji, nie dlatego że jest ich więcej, że poprawia się rozdzielczość (bo ta od pierwszej wersji była wysoka), ale dlatego że lepiej „odcinają” się na czarniejszym tle. To właśnie one pokazane w bardziej klarowny sposób decydują w sporej mierze o bogactwie i intensywności prezentacji, które przekładają się wprost na jej realizm. A ten, z testowanym kablem, wspinał się na jeszcze wyższy, absolutnie już znakomity poziom. Im lepsze nagranie odtwarzałem, tym wyraźniej było to słychać.

Kolejny utwór wybrany do porównań pochodził z płyty nagranej przez duet Yo-Yo Ma i Bobby McFerrin. Połączenie wiolonczeli mistrza z arcymistrzowskim kunsztem wokalnym McFerrina daje spektakularne efekty. I tym razem to polski kabel całościowo wyszedł zwycięsko z tego pojedynku, aczkolwiek… W przypadku wiolonczeli nie miałem wątpliwości – z Expression Emerald dźwięk był głębszy, pełniejszy, barwa nieco bardziej nasycona, a dodatkowym atutem była ciut jeszcze lepsza mikro-dynamika. Nie potrafiłem natomiast wskazać przewagi któregokolwiek kabla w zakresie prezentacji wokalu. Nie były one identyczne – japoński kabel głos ciut bardziej nasycał, polski wierniej wykańczał, że tak to ujmę, każdy dźwięk. Różnice w obie strony były niewielkie, ale do wychwycenia. Summa summarum, na moje ucho, wokal wypadał na remis. Dla pewności posłuchałem jeszcze kawałka z koncertu bez prądu Whitesnake – tym razem to wokal i gitara. Wrażenia z poprzedniego utworu, choć to zupełnie inne nagrania, potwierdziło się – nie byłem w stanie wskazać faworyta skupiając się na głosie Davida Coverdale’a, ale pełniejszą, głębiej brzmiącą gitarę słyszałem jednak z Expression Emerald. Jako fan japońskich komponentów audio, w tym kabli, które zwykle są bajecznie muzykalne, gęste, nasycone, naturalne, a wokal jest ich specjalnością, myślę, że ów remis jest dużym sukcesem Emeralda (czy raczej jego twórcy). W tym zakresie bowiem naprawdę rzadko inne produkty dorównują, na moje ucho oczywiście, bardzo dobrym japońskim konkurentom.

Słuchając najpierw jednego utworu, przełączając co kilkadziesiąt sekund kable, a później już dłuższych fragmentów krążka Lee Ritenoura, usłyszałem nieco mniejsze różnice. Emerald potrafił troszkę mocniej „uderzyć” basem, minimalnie lepiej go również różnicując. Gitara z Labogą była ciut precyzyjniejsza za sprawą nieco lepszego różnicowania. Koniecznie szukając dalszych różnic mógłbym wskazać, że i dynamika z testowanym produktem wydawała się nieco lepsza. Generalnie jednakże, wskazanie jednoznacznych, oczywistych różnic między porównywanymi kablami przy takiej muzyce było zdecydowanie trudniejsze. Kolejne krążki z elektrycznym graniem potwierdzały ową tezę – przewagę Expression Emerald słychać lepiej (co nie znaczy, że tylko) w przypadku wokali i instrumentów akustycznych, pod warunkiem oczywiście, iż odtwarza się choć przyzwoitej jakości nagrania. Także dlatego właśnie polski kabel stał się szybko moim faworytem w nagraniach rockowych z wokalami. Głosy choćby Davida Gilmoura, Petera Gabriela, Stevena Tylera, ale i Janis Joplin, niejako zgodnie z nazwą serii kabli Davida Labogi, brzmiały mocniej i bardziej ekspresyjne, co zwłaszcza w dwóch ostatnich przypadkach robiło dużą różnicę.

Na sam koniec odsłuchów zostawiłem sobie bardziej skomplikowane porównanie, czyli użycie dwóch Emeraldów wpiętych między serwer a Ideona R3 Master Time oraz tego ostatniego a DACa. Wprowadzało to dwie dodatkowe zmienne – regenerator sygnału USB oraz drugi kabel, a w moim przypadku nie były to dwa takie same modele. Niemniej, ponieważ Ideon wykonuje kawał dobrej roboty, więc często słucham muzyki z nim w torze. W porównaniu między parami kabli Expression Emerald wypadł nawet jeszcze lepiej na tle FiDaty i TelluriumQ. Różnice, o których wcześniej pisałem, jeszcze nieco się zwiększyły na ich korzyść. Jedna sztuka kabla Davida Labogi w bezpośrednim połączeniu spisywała się już znakomicie, ale dwie wydawały się efekt zamiany moich kabli na testowane jeszcze wzmacniać. Różnica (dalsza poprawa) była mniejsza niż przy porównaniach 1:1, ale nie było żadnych wątpliwości, że dwa Emeraldy brzmią jeszcze lepiej. Choć oczywiście to może być po prostu kwestia tego, że drugi kabel dostawał sygnał już „ulepszony” przez Ideona i dlatego mógł się jeszcze bardziej wykazać. Tak czy owak, jeśli w swoim systemie używacie jakichkolwiek „polepszaczy” sygnału USB i wymaga to stosowania dwóch kabli, możecie zacząć od jednego na odcinku do DACa, a potem dołożyć drugi i sprawdzić, czy w Waszym przypadku dodatkowa inwestycja daje efekty usprawiedliwiające dodatkowy wydatek. W moim systemie odpowiedź na to pytanie była bez wątpienia twierdząca.

Podsumowanie

Mając u siebie kable Davida Labogi przez dłuższy czas mogłem się nimi „pobawić”, czyli korzystać z nich w wielu konfiguracjach. Za każdym razem wnioski były podobne – to niezwykle „analogowo”, w najlepszym tego słowa znaczeniu, brzmiący (oczywiście chodzi o wpływ na brzmienie, a nie brzmienie jako takie) kabel USB. Jest wyjątkowo gładki i płynny, oferuje wysoką rozdzielczość, a ogromne bogactwo informacji pokazuje w bardzo czysty i precyzyjny sposób na czarnym jak smoła tle. Dorzuca do tego znakomitą, wysoce precyzyjną przestrzenność i obrazowanie, a i reprodukcja akustyki nagrań jest bardzo mocną stroną modelu Emerald. Nie ma w tym kablu za grosz efekciarstwa – gdy wpina się go w dobrze znany, wysokiej klasy system, nie powala na kolana od pierwszych sekund. Jego klasę docenia się stopniowo, a najbardziej po powrocie do poprzedniego, nawet bardzo dobrego konkurenta. Okazuje się bowiem, że z kablem David Laboga Expression Emerald po prostu jest… więcej muzyki w muzyce. Jeśli tego szukacie koniecznie sprawdźcie ten produkt u siebie. W porównaniu do wielu konkurentów nie kosztuje majątku, a swoje atuty będzie w stanie zaprezentować nawet w systemach z bardzo wysokiej półki.

Ceny (w czasie recenzji):

  • David Laboga Expression Emerald USB:
    20cm : 1890zl
    50cm : 2060zl
    1m : 2330zl
    1,5m : 2590zl
    2m : 2810zl
    3m : 3119zl
    Inne długości (na zamówienie) każde dodatkowe 50cm : 221 zł

ProducentMusic Distribution ; David Laboga Custom Audio

Platforma testowa:

  • Źródło cyfrowe: pasywny, dedykowany PC z WIN10, Roon, Fidelizer Pro 7.10, karta JPlay Femto z zasilaczem bateryjnym Bakoon, JCat USB Isolator, zasilacz liniowy Hdplex.
  • Przetwornik cyfrowo-analogowy: LampizatOr Pacific +Ideon Audio 3R Master Time
  • Źródło analogowe: gramofon JSikora Standard w wersji MAX, ramię J.Sikora KV12, wkładka AirTight PC-3, przedwzmacniacze gramofonowe: ESE Labs Nibiru V 5 i Grandinote Celio mk IV
  • Wzmacniacze: GrandiNote Shinai, LampizatOr Metamorphosis, Art Audio Symphony II (modyfikowany)
  • Przedwzmacniacz: AudiaFlight FLS1
  • Kolumny: Ubiq Audio Model One Duelund Edition, GrandiNote MACH4
  • Interkonekty: Hijiri Million, Hijiri HCI-20, TelluriumQ Ultra Black, Vermouth Audio Black Pearl mkII, KBL Sound Zodiac XLR, TelluriumQ Silver Diamond USB, FiData HFU2 USB
  • Kable głośnikowe: LessLoss Anchorwave
  • Kable zasilające: LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3
  • Zasilanie: Gigawatt PF-2 MK2 i Gigawatt PC-3 SE Evo+; dedykowana linia od skrzynki kablem Gigawatt LC-Y; gniazdka ścienne Gigawatt G-044 Schuko i Furutech FT-SWS-D (R)
  • Stoliki: Base VI, Rogoz Audio 3RP3/BBS
  • Akcesoria antywibracyjne: platformy ROGOZ-AUDIO SMO40 i CPPB16; nóżki antywibracyjne ROGOZ AUDIO BW40MKII i Franc Accessories Ceramic Disc Slim Foot