iFi audio PowerStation

by Dawid Grzyb / January 3, 2020

Firma iFi audio od lat znana jest głównie z produkcji wysokiej klasy przetworników c/a, wzmacniaczy słuchawkowych oraz różnych akcesoriów powiązanych z interfejsem USB. W lipcu 2019 roku jej portfolio rozszerzyło się w niekoniecznie nową, choć niezaprzeczalnie intrygującą stronę, czego dowodem jest produkt niniejszej recenzji – iFi audio PowerStation.

Wstęp

Produkty iFi audio przez lata dostarczyły dostatecznie dużo dowodów, aby jej ofertę bez naciągania nazwać unikatową. Obok dóbr będących rynkowym standardem, tj. zróżnicowanych gabarytowo oraz cenowo przetworników c/a czy wzmacniaczy słuchawkowych, portfolio tego producenta okupują także sprzęty stworzone w celu zaspokojenia specyficznych i często też niszowych potrzeb naszych systemów; uziemienia (Groundhog), poszerzania spektrum głośności dla słuchawek różnego typu (iEMatch), kondycjonowania sygnału USB (iUSB3.0) czy jego izolacji galwanicznej (iGalvanic3.0). Dodajmy do tego iniekcję harmonicznych (iTube2), energizer dla słuchawek elektrostatycznych (Pro iESL) oraz kompletny system stereo (Retro Stereo50). Te wszystkie sprzęty formują obrazek iFi audio jako firmy nie tylko wszechstronnej, ale też takiej, która zdecydowanie nie boi się wysyłania swoich inżynieryjnych asasynów głęboko w nieznane terytoria. Ta grupa specjalistów ma za zadanie czystą likwidację niepożądanych celów, ale też powrót do bazy w opcji budżetowej, oczywiście aby nie zwrócić na siebie uwagi.
Żeby ubrać kwiecistą opowiastkę powyżej w bardziej zrozumiały kontekst, micro iGalvanic3.0 oraz micro iUSB3.0 to stali i jednocześnie najbardziej przyjaźni dla portfela rezydenci mojej platformy testowej. Rzeczone dwa pudełka wyjęte z tego systemu powodują jego drastyczny spadek jej jakości, no i są w sumie nie do zastąpienia odkąd je mam. Jak do tej pory nie udało mi się po prostu znaleźć alternatywy równie dobrej za mniejsze pieniądze. Ten fakt plus przyjemna jazda z Pro iCAN-em oraz Pro iDSD to powody, dla których każda nowość iFi audio wzbudza moją ciekawość. Ostatnim razem tak się stało podczas wizyty w pokoju tego producenta, współdzielonym z jego niemieckim dystrybutorem – WOD Audio.
W Monachium załoga iFi audio pokazała kilka sprzętów poza ich standardem. Niedrogie cacka z serii ZEN – ZEN Blue oraz ZEN DAC – z trampek mnie nie wyrwały na początku. To się zmieniło po informacji o wsparciu dla technologii LDAC oraz wewnętrznie w pełni zbalansowanej topologii, za którą stoi sam John Curl. Choć tak po prawdzie to najnowszy system AiO o nazwie Aurora oraz listwa sieciowa PowerStation, obydwa autorstwa iFi audio, to były dla mnie najciekawsze znaleziska w pokoju WOD Audio. Duże kolumny tubowe i droga elektronika nawet się do tych dwóch produktów nie zbliżyły pod tym względem. Po ostatniej edycji wystawy Audio Video Show jedna sztuka PowerStation została ze mną. W końcu nastał czas opowiedzenia jej historii.
Przed standardowym zgłębieniem tematu warto zadać pytanie o to, dlaczego listwa sieciowa iFi audio PowerStation tak naprawdę powstała. Z czysto marketingowego punktu widzenia to jak najbardziej miało sens, w końcu każdy entuzjasta prędzej czy później będzie takiego ustrojstwa potrzebować. Choć świadomość inżynierów iFi audio nt. tego, jak ważne jest zasilanie w naszym hobby, plus kilka produktów z tej grupy wydanych w przeszłości (iPower, DC iPurifier oraz AC iPurifier) to elementy kluczowe. Autorska technologia wyciszająca to kolejny spory plus, a jej aplikacja w produkcie o uniwersalności PowerStation jest na wskroś logiczna i pozbawiona słabych ogniw jeżeli mnie się ktoś pyta o zdanie. Ta listwa po prostu musiała powstać w którymś momencie.

Budowa

Listwa iFi audio PowerStation dotarła wewnątrz kartonowego opakowania skrojonego tak, aby zmieściło się jedynie danie główne. Nic więcej tam nie potrzeba moim zdaniem. Wymiary (szer. x wys. x dł.) 96 x 76 x 478 mm oraz blisko dwukilogramowa masa wskazują regularną, choć ciężką listwę sieciową. Zdecydowanie czuć ją w ręku.
Obudowa iFi audio PowerStation jest wykonana z aluminiowych płyt skręconych ze sobą. Wejście IEC wraz z włącznikiem zamontowano na jednym boku, przeciwległy okupuje autorski moduł AC iPurifier+, a listę zamyka sześć wyjść Schuko zlokalizowanych na górze. Wyjąwszy białą beczkę, cała reszta to rynkowy standard. Listwa PowerStation jest dostępna w czerech wersjach; amerykańskiej, europejskiej, brytyjskiej oraz australijskiej. Naturalnie niektóre z nich, w tym moja, umożliwiają montaż sześciu gniazd, a inne pozwolą na osiem o węższym profilu.
Na spodzie PowerStation zamontowano cztery gumowe nóżki, które sąsiadują z wklęsłymi stożkami, do użytku w przypadku chęci odsprzęgnięcia produktu od podłoża za pomocą np. kolców. Jakość wykonania produktu jest jak najbardziej w porządku, nie znalazłem powodów do narzekań, wręcz przeciwnie. Montaż jest solidny w kontekście niewygórowanej ceny. Ogólnie można odnieść wrażenie, że czuć za co się płaci, natomiast szara matowa powłoka plus wzornictwo a’la bombowiec Stealth ma prawo się podobać.
Lista kluczowych funkcji oraz technologii na spodach produktów iFi audio to już tradycja, a PowerStation nie stanowi wyjątku. Firma ma wiele własnych rozwiązań, którymi lubi się chwalić. Jeżeli nie jestem myślą autorsko-marketingową zewsząd atakowany, nie widzę w tym nic złego. Tak czy inaczej, PowerStation sprawia wrażenie kolejnej listwy sieciowej jakich wiele, niezaprzeczalnie tak właśnie wygląda. Niemniej, opis znaleziony na jej spodzie sugeruje sporo więcej; aktywną supresję szumu, wskaźnik uziemienia/polaryzacji, porządkowanie uziemienia oraz ochronę przed przepięciami. Całkiem sporo tego jak na zwykły rozgałęziacz.
Listwy podobne do PowerStation to urządzenia najczęściej pasywne; ich zadaniem jest dystrybucja prądu do podłączonych urządzeń, często też wyczyszczenie go za pomocą wbudowanych bloków filtrujących i to w zasadzie tyle. Większość tego typu produktów z wysokiej półki nie zawiera ani aktywnych, ani ochronnych obwodów. Choć przydatne, to jednak mają wpływ na dynamikę dźwięku, stąd, zamiast kondycjonerów lub regeneratorów, nie jest zaskoczeniem widok ‘czystych’ listew w platformach wielu dziennikarzy i entuzjastów. Mało tego, niektóre sprzęty, chociażby mój przetwornik, grają najlepiej prosto ze ściany, ale to osobna historia. W każdym razie, w świecie iFi audio aktywna supresja śmieci z sieci jest skuteczniejsza od jakichkolwiek środków pasywnych. Oczywiście można dywagować nt. tego, jaki komponent powiązany z zasilaniem jest bardziej przydatny, dla kogo i kiedy, po wielu przygodach mam własne preferencje. Choć najważniejsze jest to, że iFi audio udało się wprowadzić na rynek aktywny rozgałęziacz za umowne grosze.
Skoro już wiadomo czym PowerStation jest, warto pochylić się nad tym, jak robi swoje. Obudowę pokryto farbą odporną na zakłócenia EMI/RFI, natomiast jej biała beczka to moduł iPurifier+, który jest też sprzedawany osobno w wersji bez plusa. Dzięki temu dodatkowi PowerStation wykorzystuje firmową technologię ANCII (Active Noise Cancellation II), której zadaniem jest pomiar sygnału z sieci, a następnie sztuczne wytworzenie i wstrzyknięcie identycznego, ale o przeciwnej fazie, co ma prowadzić do ich wzajemnego znoszenia się i w efekcie znaczącej redukcji śmieci przedostających się z głównego przyłącza do naszych systemów. To rozwiązanie jest koncepcyjnie podobne do znanej od lat słuchawkowej implementacji ANC. Według ludzi z iFi audio, w porównaniu do pasywnych metod filtrujących, ich moduł aktywny jest bardziej skuteczny i działający w dużo szerszym spektrum.
Wbudowany w PowerStation moduł AC iPurifier+ informuje nas także o poprawnej polaryzacji oraz uziemieniu. Jeżeli widoczne na nim dwie diody LED są zielone, wszystko jest w porządku. W przeciwnym razie jedna lub obydwie są czerwone, w zależności od problemu. Zaraz obok tych kontrolek widać też bananowe przyłącze 4.4 mm typu BFA, co umożliwia podłączenie kolejnego produktu iFi audio – Groundhoga. Jego zadaniem jest pozbycie się pętli masy. Oczywiście ta funkcjonalność ma swoją własną nazwę – ‘IntelliGround’, swoją drogą całkiem trafną. Urządzenie jest na tyle bystre, że wie czy dodatkowy Groundhog jest potrzebny czy też nie. Jeżeli zostanie podłączony nadprogramowo, pozostanie nieaktywny.
Wewnątrz PowerStation widać masywne sztaby dystrybucyjne wykonane z miedzi, przylutowane do kluczowego obwodu za pomocą grubych odcinków kabla OFC. Gniazda są odizolowane od siebie, a strategicznie rozlokowane wkładki EVA (octan etylenowinylowy) mają za zadanie redukować wibracje. Oparty na warystorach moduł ochrony przepięciowej został zaprojektowany tak, aby wytrzymać skoki do 30000A@1,000V/10uS. Bez możliwości sprawdzenia tego, pozostaje nam jedynie zaufać inżynierom na liście płac iFi audio. Co ciekawe, jeżeli problem prowadzący do nagłego wyłączenia PowerStation nie zostanie rozwiązany, produkt nie wstanie w celu dalszej ochrony podłączonego sprzętu.
Pod względem funkcjonalności ciężko znaleźć konkurenta dla PowerStation, a przynajmniej ja nie znam równie niedrogiego, aktywnego oraz tak obdarzonego dodatkami. Mój wierny GigaWatt PF-2 jest sporo droższy nawet sprzedawany w parze z najbardziej budżetowym kablem – LC-1 EVO. Ale w porządku, niech będzie, że bez firmowego węża obydwie listwy kosztują porównywalne pieniądze. Polski produkt też pokazuje jak się sprawy mają z polaryzacją, jego obwód ochronny też najpewniej jest oparty na warystorach. Niemniej, GigaWatt PF-2 to sprzęt pasywny, no i bez możliwości łatwego uporania się z problemami powiązanymi z uziemieniem.

Dźwięk

W celu przetestowania iFi audio PowerStation, posłużyłem się moim głównym zestawem; fidata HFAS-S10U pełnił w nim funkcję magazynu i transportu sieciowego, natomiast konwersją c/a zajął się LampizatOr Pacific (KR Audio T-100 + KR Audio 5U4G Ltd. Ed.). Dalej sygnał trafił do integr Kinki Studio EX-M1 lub Trilogy 925, a następnie odpowiednio do kolumn Xavian Jolly lub Cube Audio Nenuphar, z kablem głośnikowym Boenicke Audio S3 po drodze. Wszystkie kluczowe komponenty były podłączone dwoma sieciówkami LessLoss C-MARC plus jedną Audiomica Laboratory Ness Excellence odpowiednio do listwy GigaWatt PF-2 lub dzisiejszego bohatera. Obydwa rozgałęziacze były podłączone do ściany za pomocą kabla GigaWatt LC-3 EVO. Całości dopełniły wyposażone w modyfikacje Amber interkonekty Audiomica Laboratory Excellence.
W przypadku komponentów sieciowych warto wszystko sprawdzić dwa razy. Poprawność polaryzacji na pierwszym skrzyżowaniu, tj. od ściany do którejkolwiek listwy, to nie był problem. Obydwie były zdolne do wskazania nieprawidłowości. Choć tak po prawdzie nawet bez tej funkcji, potraktowane probówką główne wyjście sieciowe plus na stałe podłączony główny kabel zasilający rozwiązałyby ewentualne problemy równie skutecznie. Niemniej, w celu zapewnienia możliwie identycznych warunków obydwu listwom, każdy kabel sieciowy musiał wylądować w tym samym gnieździe, oczywiście podłączony zgodnie z fazą. Warto też mieć na uwadze, że mój model PF-2-ki ma siedem lat, stąd jest mniej zaawansowany w porównaniu do wersji MK2 i najpewniej mniej skuteczny. Załoga GigaWatta zrobiła niemały postęp w tym czasie. Dlatego też zeznania poniżej sugeruję traktować z lekkim przymrużeniem oka.
Zacznijmy od PF-2-ki. Śmiało można określić ją jako wzorzec rozsądnie wycenionej listwy dedykowanej sprzętowi audio. Dobrze oddaje co tego typu produkty powinny robić w konfrontacji z białymi listwami do kupienia za kilka złotych w supermarkecie. Zestawiona z tego typu badziewiem PF-2-ka pokaże system z bardziej detalicznej i wyraźniejszej strony, a obraz muzyczny wypełni kształtami lepiej odseparowanymi od siebie. Choć, co najważniejsze, dźwięk z tym GigaWattem będzie szybszy i lepiej kontrolowany. Dodatkowe benefity, tj. złożoność barwowa, wilgoć, wgląd w nagranie oraz rozbudowanie przestrzenne we wszystkie strony, są zarezerwowane dla droższych produktów. Ograniczony zasięg mojej PF-2-ki pod tymi względami to nic dziwnego w kontekście jej ludzkiej ceny. Niemniej, iFi audio PowerStation z miejsca idzie w kierunku, który najczęściej obierają produkty sporo droższe i specyficzne, tj. kondycjonery.
PowerStation szybko pokazał zachowanie zgoła inne niż PF-2. Owszem, obydwa produkty podały prąd do mojego systemu zgodnie z przeznaczeniem, niemniej obrały zupełnie różne drogi soniczne. Jeżeli GigaWatt to wstęp do pasywnej gry, wkład brytyjskiego rywala należy postrzegać jako coś, co najczęściej słyszy się po skorzystaniu własnie z kondycjonerów. PowerStation zagrał dźwiękiem bardziej miękkim, uwodzicielskim i dopracowanym, pokazał kształty w głębi muzycznej sceny wyraźniej, a pod względem instrumentalnej tkanki był bardziej wyszukany i całościowo płynniejszy. Po kilku przeskokach z jednej listwy na drugą, brytyjski produkt przywołał do tablicy wilgoć i czerń mocno powiązane z ciszą. Te cechy szybko okazały się jego koronnymi zaletami. Pod względem ekstrakcji detali PowerStation także wypadł lepiej,  podobnie było z hojniejszą gładkością góry, zaserwowanej w mniej pikantny sposób. Można teraz zapytać o to, dlaczego tak się stało, skąd te różnice. Najbardziej logiczną odpowiedzią jest skuteczniejsza kuracja czyszcząca w wykonaniu produktu iFi audio. Cisza będąca jej następstwem i głównym benefitem dla naszych uszu, nie wzięła się przecież znikąd.
Choć temat ten był już wielokrotnie wałkowany, nie ucieknie nam i tym razem. Niski poziom szumu w muzyce zrozumiany raz, już zawsze takim pozostanie. Na początku jego bezpośredniego sprawcę – serwis czyszczący – postrzegamy jako zmianę tonalności, tj. przesunięcie jej w dół i przycięcie góry słyszalnego pasma, co prowadzi do rezultatu ciemniejszego i mniej precyzyjnego. Ale gdy wszystko się ułoży i faza akomodacji do nowego porządku minie, ma miejsce rzecz odwrotna; dodatkowe subtelności materializują się, wszystko staje się bardziej wyraźne, obecne i okraszone lepszym konturem, a także wypełnione większą paletą barw i zaprezentowane na lepiej zorganizowanym, mroczniejszym tle muzycznym. Niewyćwiczone uszy otrzymują z tej ujmującej czerni więcej niż są w stanie z miejsca przyjąć, przyswoić i zrozumieć. Jak pisałem, przyzwyczajenie się do niej chwilę trwa. Rzeczona cisza nie jest krzykliwa, ale zmysłowa i to jest właśnie to, co PowerStation robi. Ten produkt przyrównany do PF-2-ki działa bardziej subtelnie i mniej jaskrawo.
Czarne tło muzyczne, wszystko na nim przyjemnie zaokrąglone, żywe oraz organiczne plus detale pod kontrolą to jest kręgosłup PowerStation. Produkt ten faworyzuje teksturowe bogactwo i spokój ponad precyzję, ostre krawędzie, wyrazistość oraz natychmiastowość. Można rzec, że to bardziej instrument muzyczny aniżeli bezduszne narzędzie audio i, jak się nad tym dłużej zastanowić, to ma sens. Wiele sprzętów iFi audio ma podobnie poustawiane priorytety, choć nie jest to szczególnie ważne. Co innego fakt, że inżynierowie tej firmy najwyraźniej mają niezbędną wiedzę i na tyle sprawne/wrażliwe uszy, aby wysmażyć komponent zachowujący się jak pełnowymiarowy kondycjoner. PF-2-ka gra bardziej chropowato, mniej grzecznie, w mniej poukładany i całościowo ostrzejszy sposób. W porównaniu do PowerStation, mój referencyjny GigaWatt skupia uwagę przede wszystkim na detalach i wyraźnych konturach. Wyobrażam sobie wiele scenariuszy, w których taki właśnie dziki głos pasowałby idealnie. Zwaliste systemy w desperackiej potrzebie klarowności będą z obecności PF-2-ki zadowolone, choć następstwem jest bardziej sytuacyjna natura tej listwy. Z kolei PowerStation bierze prowadzenie jako produkt bardziej uniwersalny i łatwiejszy w odbiorze.
Bas był aspektem, który mnie zaskoczył najbardziej. Ten podzakres w wykonaniu PowerStation był krąglejszy i pełniejszy, ale pod kontrolą, podczas gdy PF-2 grał szczuplejszym, ale też luźniejszym dołem. Zazwyczaj jest na odwrót, kwiecistość basu jest najczęściej powiązana z jego swobodniejszym prowadzeniem. Natomiast jedna rzecz o brytyjskiej listwie musi zostać powiedziana na głos. Pomimo skuteczniejszych zdolności redukujących szum, no i bardziej ekspresyjnego i wyszukanego głosu, PowerStation był też słyszalnie wolniejszy. Pomijając dwa różne profile soniczne obydwu porównanych produktów, różnica w zakresie czystej szybkości i elastyczności była tą największą pomiędzy nimi. Zgadza się, listwa iFi audio była faktycznie bardziej eufoniczna, łagodniejsza i koherentna, a wisienką na torcie jej skuteczności było świetne, czarne tło. Niemniej, z repertuarem opartym na gwałtownych, sztucznie wygenerowanych niskotonowych impulsach było to granie mniej ekscytujące, zdolne co najwyżej do wywołania delikatnych kiwnięć nogą w tę i z powrotem zamiast żywych, podświadomych tupnięć w rytm muzyki. To zrobiło niemałą różnicę w odbiorze. Jako scenariusz idealny widzę urok PowerStation w mariażu ze zwinnością PF-2-ki i jest to jak najbardziej osiągalne, ale sporo powyżej nawet połączonej ceny obydwu tych produktów.
Gdy już wiedziałem jak uplasował się bohater niniejszej recenzji w starciu z PF-2-ką, przyszedł czas na uwzględnienie jej starszego brata – PC-3 SE EVO+. Nie dało się nie zauważyć, że wkład PowerStation był oparty na bardzo podobnym fundamencie; zaadresowane zostały te same problemy, te same cechy okupowały podium, no i zarówno brytyjskie urządzenia, jak i polski kondycjoner wywołały wrażenie sprzętów skupionych przede wszystkim na muzyce, służących jej. Na tym etapie było już wiadomo, że w przypadku PowerStation było to następstwo hojnie zaaplikowanej ciszy. Niemniej, podobny do tej listwy duży GigaWatt zrobił więcej, tj. jego wsad był bardziej słyszalny, no i zdecydowanie szybszy. Finalnie PC-3 SE EVO+ przyćmił obydwie listwy, co nie jest zaskoczeniem w przypadku dwunastokrotnej różnicy cenowej pomiędzy nim, a dystrybutorem iFi audio. Natomiast PowerStation nie jest listwą dwunastokrotnie gorszą, w audio takie skalowanie nie ma miejsca, no i tak po prawdzie to nie jest to wartość mierzalna. Faktycznie brytyjski produkt wypadł słyszalnie gorzej w porównaniu do PC-3 SE EVO+, ale co zrobił i jak, przypomina nam o dwóch rzeczach; jak dużo pieniędzy często trzeba wydać aby dostać lepszy dźwięk, oraz na jaki potencjał czasem można natrafić za znacznie mniej. To jest właśnie lekcja, z którą pozostawia nas iFi audio PowerStation.

Podsumowanie

Danie główne niniejszej recenzji znacznie wykraczające poza ramy swojej grupy produktowej to dla mnie żadne zaskoczenie. Przez lata po prostu przywykłem do tego, że ludzie z iFi audio grają na własnych zasadach. Zawsze chcą więcej, idą możliwie tak daleko z funkcjonalnością jak tylko mogą, a iFi audio PowerStation ten stan rzeczy umacnia. O ile wiem, na rynku w tym momencie nie ma drugiego takiego produktu, tj. dedykowanego aparaturze audio, o tak wielu funkcjach i przy okazji równie niedrogiego.

Firma iFi audio jest od ładnych kilku lat znana głównie z poręcznych urządzeń przenośnych, choć PowerStation udowadnia nam, że jest też w stanie zaprezentować światu równie dobry pełnowymiarowy komponent. Ten przedstawiony w niniejszej recenzji jest dobrze zrobiony i wizualnie na tyle ciekawy, aby wpaść w moje subiektywne oko. Oczywiście to rzecz bez znaczenia, dobra tego typu zazwyczaj lądują niewidoczne za stolikiem ze sprzętem. Niemniej, zdolność do łatwego rozwiązania problemów uziemienia, wbudowana ochrona przed przepięciami oraz wskaźniki polaryzacji/uziemienia to przydatne rzeczy. Produkty o profilu iFi audio PowerStation zazwyczaj mają jedną lub dwie z tych funkcji i nie znam innego podobnego, który adresuje wszystkie trzy.

Aktywny obwód wewnątrz iFi audio PowerStation to w praktyce zaleta bez znaczenia, w przeciwieństwie do jej przełożenia na dźwięk. Rezultatem aktywnej aplikacji wg iFi audio jest wysoce wydajne działanie, koncepcyjnie podobne do tego, do czego przyzwyczaiły nas duże kondycjonery. Choć teraz zgaduję na podstawie wspomnień z przeszłości, produkt brzmieniowo najbliższy PowerStation to trzy razy bardziej kosztowna i mniej zasobna w funkcje listwa SOtM mt-1000. To mówi całkiem sporo o bohaterze niniejszej recenzji, który zdecydowanie daje więcej, niżby to jego cena sugerowała. Znacznie więcej. Do następnego!

Platforma testowa:

Cena produktu w Polsce:

  • iFi audio PowerStation: 2490 zł

 

Dystrybucja: AudioMagic